10 czerwca 2010

Pani domu Rafal

Jestem prawdziwą kurą domową. Tymczasowo. Poza tym, że się nudzę i (mimo wszystko) staram się odzwyczajać od komputera, to robię typowe prace domowe. Codziennie. Codziennie przygotowuje sobie porządne śniadanie, potem gotuję obiad i przygotowuję kolację. Nie myślcie sobie, że robię to na odczep się. Nie, mam bardzo dużo czasu. Tak więc dzisiaj na śniadanie były płatki z mlekiem + pomarańcz + banan + marchewka, na obiad ziemniaki z sałatką (z sałaty, pomidora, cebuli i marchewki + sos ze śmietany jajka i przypraw) i kurczak smażony z ziołami. Miał być schabowy, ale okazało się, że nie mamy młotka, więc nie mam czym to biedne mięsko zbić…
Poza tym codziennie włączam zmywarkę i opróżniam (wkładając rzeczy na swoje miejsce), robię pranie, codziennie ścielę łóżko i staram się mieć porządek (pomimo, że w pokoju mam tylko łóżko, da się zrobić bajzelek, wierzcie mi ;) ) i tego typu rzeczy. Ogólnie dni zaczynają mi się zlewać. Prawie codziennie to samo, czyli poranny blog, prysznic, śniadanie, kafejka potem spacer bądź spotkanie z kimś, obiad, tv/komputer/dvd, kolacja, książka spanie. Już wolałem system: wstawanie, praca, śniadanie, praca, obiad, praca, kolacja, praca, dom, sen. Chociaż wszyscy wiemy, że również od tego systemu tutaj wylądowałem :) tzn. trzeba się odzwyczaić i zacząć częściej pozytywnie wykorzystywać czas. A teraz jak na złość nie bardzo mam go jak wykorzystać, bo oszczędzam pieniądze, więc nie mogę się ruszyć za Auckland. Przynajmniej nie za często.

Jeśli chodzi o pieniądze i transport to akurat Nowa Zelandia jest tutaj mega hipokrytą. Z jednej strony chorobliwie wręcz dbają o środowisko. Wchodząc na szlak w górach są specjalne wiadra do czyszczenia butów, żeby nie przenosić organizmów pomiędzy ekosystemami. Wyciągając łódkę z jeziora należy ją wyczyścić czystą wodą jeszcze na miejscu. A tymczasem Nowozelandczycy prawie nigdzie nie poruszają się na nogach. Jeżdżą wszędzie samochodem! Kitty i Linda jeżdżą na zakupy do supermarketu, który mamy 300 metrów od domu. Nawet jeśli jadę po kg jabłek! Gdybym jednak chciał rzucić samochód, mogę się przerzucić na transport publiczny prawda? Nie prawda! Transport publiczny jest tutaj kosmicznie drogi! Wycieczka w obrębie jednej dzielnicy to 1.8$, ale już wycieczka z Mt. Wellington do centrum to już prawie 9$ w obie strony! A to jest tylko jakieś 10km! Autobus notabene jedzie prawie dokładnie tą samą trasą, którą przeszedłem na nogach idąc z hostelu do dziewczyn za pierwszym razem. Mnie zajęło to ok. 3,5 godziny. Autobus jedzie 40 minut. Wolę jednak chodzić na nogach. Pewnie po głowie chodzą wam bilety miesięczne. Nie wiem jak to wygląda z jedną linią, ale na wszystkie linie bilet miesięczny kosztuje… 250$!!! Za taką cenę to można we 2 jeździć samochodem do pracy i wcale się nie dziwię, że NZ tak to wykorzystują. W autobusach jeżdżą głównie chińczycy a i oni zapewne znaleźli jakiegoś haka na koszty.

Jeśli chodzi o skośnookich to jest ich tu rzeczywiście w cholerę. Od Celestyny dowiedziałem się skąd wzięły się ich takie ilości. Otóż na początku XXIw. Nowa Zelandia cierpiąca na brak ludności zaczęła rekrutować imigrantów. Standardowo aby dostać wizę trzeba było spełnić wysokie wymagania. Ale chińczycy znaleźli lukę w postaci wizy biznesowej. Polegała ona na tym, że należało okazać 500k $ funduszy i można było przyjechać do NZ i swobodnie te pieniądze inwestować. Zaradni chińczycy zbierali się w 1000 osób, składali się po 500 $ a następnie załatwiali sobie 1000 wiz w kolejności na te pieniądze. Zanim immigration się kapnął, było ich już tu tysiące. W tym momencie oprócz w/w kwoty należy okazać biznes plan + jest się kontrolowanym z jego wypełnienia.
Wszyscy narzekają tak na tych skośnookich, ponarzekam i ja. Otóż skośnoocy są bardzo zżytą kulturą i wcale nie zamierzają się integrować ze społeczeństwem. Mają swoje sklepy, swoje organizacje itd. Do tego stopnia, że ja, będąc tu niecałe 2 tygodnie, już 2 razy miałem okazję spotkać po drodze chińczyka, którego pytając o drogę usłyszałem „no, no, no english”. No to jak oni mogą tu mieszkać a mnie się nie uda, to świat stanął na głowie. Tym bardziej, że jeden z tych „noenglish” był w garniturze, wysiadał z dzieciakiem z drogiego samochodu przed domem i wyglądał bardzo poważnie.

Cóż. Dni mijają a u mnie niewiele się zmienia. Poszedłbym na jakąś rozmowę kwalifikacyjną. Ot tak, żeby coś nowego zrobić. Okolicę znam już na pamięć do naprawdę niezłych odległości. Wyjazd na dłuższą metę (z tej stronki) okazał się nie taki łatwy. Tzn. ludzie rzeczywiście wyjeżdżają, ale organizują się dużo wcześniej i raczej nie na 1 dzień. Chyba, że coś na tej stronie przeoczyłem przez tą niewielką ilość czasu z 1h, którą mogłem jej poświęcić. Jutro też dzwonię do wolontariuszy się zapisać. Niestety są krótko czynni rano, dlatego wczoraj nie zdążyłem. No i przede wszystkim dzisiaj wysyłam pierwsze CV z referencjami. Wczoraj się nie udało, bo kiedy chciałem je dodać w kafejce, okazało się, że OpenOffice grzecznie mówiąc rozsypuje moje CV. Dlatego poprawiłem w domu i dziś pójdzie przynajmniej jedno, które miało iść wczoraj. Może przez noc się coś poprawiło na rynku :) Trzymajcie kciuki i do usłyszenia

8 komentarzy:

m0d pisze...

a u nas oprocz standardowego trybu - pojawil sie tropik mode, ktos zepsul kurek i sie nie da wylaczyc:>

pozdro

Anonimowy pisze...

Tak na szybko w kwestii ubijania mięsa :D przez lata obywałam się bez młotka, używając noża z drewnianym trzonkiem. Oczywiście musi to być duży nóż kuchenny. Na mięsko zarzuca się folię, łapka kuchenna na rękę, nóż w dłoń i trzonkiem go, trzonkiem :D (tego mięska znaczy się ;) )

Kciuki trzymam bardzo mocno. Będzie dobrze :)

Wiosanna pisze...

Weź już przestań. Zacznij się delektować nudą. Niemożliwe, żebyś już zdeptał całą okolicę wokół. Zacznij chodzić wolniej. Odwiedzaj sklepy, zagaduj ludzi na ulicach, poszukaj na sieci na temat darmowych eventów. Niektózy muszą chodzić do pracy

remi pisze...

To może rowerek jakiś sobie poszukaj - zwiększysz zasięg :)

Izabela pisze...

co do miesa - swietnie sprawdza sie butelka po winie piwie czy czym kolwiek - szeroka czescia butelki a raczej kantem wszytko pieknie ubijesz - zawin to w jakis woreczek zeby ci sie mieso nie rozbryzgalo po calej kuchni :P

Pat pisze...

a jak nie masz butelek, nozy, ani innych przyrzadow kuchennych mogacych zastapic tluczek, to uzyj "piachy" :P

Anonimowy pisze...

Rafał, nie musisz sie martwi o internet, Nowa Zelandia zadbała o Ciebie - http://technowinki.onet.pl/wiadomosci/100-megabitowy-transfer-swiatlowodowy-dla-kazdego-,1,3239489,artykul.html
pozdr.Tomek

New kiwi pisze...

@Grzesiek, co z ta relacja z wieczoru zaby?? Niech Cie tam smazy, az mi przeslesz na maila :p

@Anonimowy + Iza - butelka i noz to w moich rekach dosyc niebezpieczne narzedzia wspominajac moja niekonwencjonalna akce otwierania butelki lyzka w Cannes. Wszyscy wiemy jak sie skonczylo ;) szpital, latanie miesni, szwy te sprawy :p

@drugi Anonimowy - do 2020 to ja sie tu zestarzeje ;) pozatym nikt nie powiedzial, ze to ma byc TANI internet ;) tylko ze szybki. Z mojego rozeznania wynika, ze 2Mbit polaczenie kosztuje tu ok 60$ na miesiac! Przebijto ;)

Prześlij komentarz