20 sierpnia 2010

Powiew polskiego wiatru

Dzisiaj miałem bardzo ekscytujący dzień, ale najpierw was zszokuję! Wpadam do sklepu w centrum, żeby napić się czegoś i zastaję co??? Polskiego Tigera! Pięknie na puszce wypisane "wyprodukowano w Zabierzowie", Michalczewski poleca i tak jak u nas na chińszczyźnie biała nalepiona kartka z opisem po angielsku :) Cała mała lodóweczka Tigerów, nie mogłem się oprzeć, żeby nie kupić :)

A teraz do rzeczy. Wstałem rano niechętnie, po pogoda jak zwykle ostatnio... pada w poprzek. Prysznic, śniadanie, chwila TV i komputera i wycieczka do przychodni. Tam Pani podbija mi ostatnie zdjęcie, którego mi brakowało (jest okienko, w którym przychodnia musi się podpisać, że na zdjęciu jestem ja!). Potem do miasta.

W mieście odwiedzam swojego pracodawcę i mamy półgodzinną pogawędkę. Zaczyna się od podpisania kontraktu! Więc bardziej pewny pozostania już być nie mogę :) Potem chwilę rozmawiamy o wyborze CMS-a na początek dla naszej strony, kilka moich pomysłów mu przedstawiam i na koniec pytam podstawowe rzeczy. Tak więc dress code nie ma, ale należy się ubierać na tyle przyzwoicie, żeby można było się spotkać z klientem (dresy i bluza z kapturem odpada... cholera, jak ja nie mam nic więcej w walizce hehe ). Obiad organizuje sobie każdy, raczej nie wybierają się na wspólne przekąski, co najwyżej małymi grupami, ze względu na różne pory jedzenia i różne gusta. Ale jak pozbieram ekipę to miło będzie wypadać. Dlatego zamierzam onetowe zwyczaje przenieść do CBD i nauczyć kiwusów wspólnych wypadów na obiadek :) Praca codziennie od 9 do 18 z godzinną przerwą na lunch. Godziny nie są stałe, jeśli wolę przychodzić na 8, nie ma problemu, jeśli chcę wyjść na pół dnia, również nie ma problemu, muszę tylko odrobić.

Pracę mam bardzo swobodną. Nikt nie będzie sterczał mi nad głową, traktowany jestem jako konsultant i specjalista. Oczekuje się po kilku miesiącach widocznych efektów. Dodatkowo po założeniu naszej strony i przejścia naszej agencji w bardziej "digital" agency (co powinno zająć do roku według Steve-a), będę miał do dyspozycji kontraktorów, którzy będą robili za mnie IT, ja mam ich tylko pilnować i wyznaczać zadania. Kontraktorzy Ci (SIC!!!!!!) są w Chinach i Indiach... FFS!!! Trudno, może nauczę się przy okazji chińskiego :] A może uda się namówić na kontrakty z polskimi firmami, tylko czy mi jesteśmy aż tak tani?

Po wizycie u Steve-a i uzupełnieniu jego papierów wizowych + kontraktu - wizyta w immigration. Tam uzupełniam do końca swoje papiery o dane Steve-a i pakuję całą książkę w kopertę z suwakiem. Do koperty wrzucam również paszport (tak, tak zostałem bez paszportu!!) i wrzucam do dużej skrzyni w biurze Immigration. Tym samym zostałem ubezwłasnowolniony, bo bez paszportu mogę tutaj dokładnie NIC! Chwila rozmowy w informacji w immigration i krótkie pytanie "a co jak zgubicie mój paszport?". Starsza Pani się uśmiecha i mówi "zawstydzeni będziemy musieli postarać się na własny koszt wyrobić Ci nowy" :)
Dowiedziałem się również, że obecnie okres wyrabiania wizy pracowniczej to czas około 60 dni! Ale tutaj haczyk, bo mogłem się nie dogadać z Panią, ponieważ ja nie jestem zwykły work permit, a skilled work permit (a zapytałem tylko ogólnie ile zajmuje wyrobienie wizy pracowniczej). To powinno oszczędzić sporo czasu, ponieważ w zwykłej wizie pracowniczej pracodawca musi udowodnić, że nie znalazł Nowozelandczyka o takich samych kwalifikacjach, czyli musi dać ogłoszenie do gazety, musi przedstawić kandydatury, pierdoły. W moim przypadku, ponieważ zawód "programista" jest na liście poszukiwanych zawodów w Nowej Zelandii i Australii, takiego dowodu nie trzeba przedstawiać. Przedstawić za to muszę ja swoje kwalifikacje. Dołączyłem kopię mojego dyplomu po angielsku i modlę się, żeby to wystarczyło. W przeciwnym wypadku, będę musiał telepatycznie (przez rodziców) w jakiś sposób odnaleźć w moich paczuszkach świadectwa pracy albo Bóg wie co jeszcze. Zobaczymy, na razie się nie martwię i czuję się jakby kamień spadł mi z serca w momencie wrzucania tej koperty do skrzyni.

Na pewno pierwsi dowiecie się o postępach. Proces wygląda tak, że wysyła się papiery i jeśli wszystko jest glanc cacy, odsyłają Ci wszystkie kopie + paszport z wbitą wizą na adres kurierem. Jeśli jest coś nie tak, zapraszają na rozmowę. Tak więc zapewne dosyć szybko dowiemy się co i jak.

5 komentarzy:

Pat pisze...

az zazdrosc bierze jak opisujesz swoje wizyty w urzedach i kontakty z "biurwami" ;) kiedy u nas tak bedzie...?

Anonimowy pisze...

Szkoda, że polityka taka iż trzeba z hindusami. Oni są tani ale niesolidni i powstają komplikacje. Opłaca się jak jest coś w rodzaju fabryki, ale jak są pojedyncze specyficzne zlecenia to kiepsko sobie wyobrażam współpracę z hindusami.
To tak jak zatrudnianie polskich studentów - jest tanio, ale nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.

// Przemo

Anonimowy pisze...

Chyba, że "hinduscy kontraktorzy" to są indyjskie firmy (a nie prywatne osoby), wtedy jest mała szansa, że jakaś polska firma będzie konkurencyjna.

// Przemo

Anonimowy pisze...

"polskich studentów" - miałem na myśli ogólne zjawisko zatrudniania początkujących freelancerów a nie w sensie, że ogólnie osób studiujących :)

//Przemo

New kiwi pisze...

Heh, Przemo aleś się rozpisał :p
Polityki narazie nie ma żadnej, tzn kupują jak narazie wszelkie rozwiązania w chinach i indiach, aczkolwiek np mailingi robią im amerykanie. Wolałbym jednak mieć wolną rękę przy wyborze rozwiązań, bo nie chciałbym mieć problemów z czytaniem chińskich komentarzy :p
Ale do tego jeszcze trochę wody upłynie.

Prześlij komentarz