16 grudnia 2010

Oszustwa i potwór!

Jak ma być sensacyjnie to dzisiaj będzie :)
Otóż zostałem oszukany! Jestem ofiarą wielkiego spisku na moją osobę! Julia właśnie dostała wizę. Nie zezwolenie na pracę a wizę pracowniczą! Ale od początku.
Z różnych powodów, dopiero około 16 listopada mogliśmy złożyć papiery na jej zezwolenie na pracę. Oddaliśmy całą teczkę dokumentów i cierpliwie czekamy. Według informacji, sprawa miała zająć tyle samo co moja, czyli około 60 dni. Kilka dni temu przychodzi przesyłka do domu. Julia otwiera i drżącymi rękami przewraca kartki, bo nie może znaleźć nic odróżniającego się od reszty. Dochodzi do ostatniej strony i jest! Wiza pracownicza! Dzwoni do mnie, cieszy się i jest super.
Przychodzę do domu, zaglądam do tej wizy i co? I czuję się oszukany!!! Jeśli ja biedny, dostałem zezwolenie na pracę na 3 lata, które wygasa z momentem przekroczenia granicy (czyli notabene nigdzie nie mogę wyjeżdżać bez pytania immigration), dostałem na jednego pracodawcę na te 3 lata, to kurde powinna dostać coś podobnego nie??? DUPA! Dostała "multiple entry visa", czyli może sobie wyjeżdżać ile chce i gdzie chce, dostała "open visa", czyli może sobie pracować gdzie chce i kiedy chce i przede wszystkim dostała ją w 4 tygodnie!!! No kurde i gdzie tu jest sprawiedliwość?! To ja się męczę z tymi papierami a jej tak łatwo poszło??? Czuję się zazdrosny i uważam, że jestem ofiarą wielkiego spisku w immigration przeciwko mnie! GRRRR!

Z tych nerwów zamieniłem się w potwora :) Tzn, nie dokładnie z nerwów, chociaż to też. Otóż pamiętacie moje opalanie w weekend? Opalałem się jak dziki, nawet się smarując na twarzy, żeby więcej flagi austriackiej nie przypominać. I co? I grrr znów! Posmarowałem całą twarz, tylko nie dokładnie! Efektem tego schodzi mi skóra z twarzy tylko w prawym górnym rogu czoła... Wyglądam co najmniej dziwnie, bo całą twarz mam taką lekko brązową a w prawym górnym rogu przy włosach mam coraz większą białą plamę. Myślicie, że gdybym się pokazał w przedszkolu to dzieci by uciekły?

Dzisiaj za to jest dzień picia i jedzenia. Mamy firmowy iksmas lancz, czyli świąteczne jedzenie i picie po nowozelandzku. Jak to wygląda, opowiem wam zapewne w weekend, bo nie przewiduję, że do jutra wytrzeźwieję na tyle, żeby pracować i jednocześnie mieć wenę twórczą :) W każdym układzie, aby przynieść trochę polskiej tradycji do Nowej Zelandii, przytachałem do pracy wódkę :) I ogórki. Co prawda korniszony, ale lepszy rydz niż nic... O kurcze, a taki rydz marynowany... mmm...
W każdym układzie każdy w firmie już wie, że nie wypuszczę go na lunch świąteczny bez napicia się jednego kielonka po polsku. Bo tutaj nikt nigdy nie słyszał i nie próbował picia wódki czystej! Zobaczymy jakie będą efekty, ale na pewno zabawne :)

Na koniec najnowsze odkrycie, po części za pomocą polskiego kolegi, po części później za pomocą googla. Od wczoraj Polska stała się "troszkę" bliższa.

AAAaaa i jeszcze dowcip z dowcipu! :) Wczoraj w TV na kabarecie nowozelandzkim, koleś opowiedział dowcip:
A wiecie, że Nowa Zelandia, w trakcie II wojny światowej, wypowiedziała jako pierwsza na świecie wojnę Niemcom?
...
Bo jesteśmy 12 godzin do przodu!

Wszyscy się śmiali, tylko jest jeden szkopuł. Kto wie jaki? :)

1 komentarz:

Łukasz Orzechowski pisze...

Skoro są do przodu, to u nich było później ;P Pech :D

Prześlij komentarz