17 czerwca 2010

Wpis na dluzsza kawe ;)

Dzisiaj będą dwa posty. Jeden zaległy, jeden aktualny. Zaległy, ponieważ wczoraj nie miałem okazji pojawić się w sieci, a nie miałem okazji pojawić się ponieważ musiałem się ogolić!!! :) Tak, tak, dla stałych czytelników jest to jasne, dla mniej stałych, wyjaśnienie pod spodem. W każdym układzie dziękuję za troskę i maile, czy wszystko u mnie w porządku. Żyję jeszcze, nie macie się czym martwić. Nie przyzwyczajajcie się tak do tego codziennego bloga, bo wcześniej czy później mi się znudzi! :p
Tak więc, wszem i wobec, wczoraj przeszedłem pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Ale od początku. Dzień zaczął się jak zwykle, czyli od wpisu na blogu (u siebie na laptopie oczywiście). Plan był pójścia do kafejki popołudniu, rano praca w ogrodzie i przy komputerach Lindy, potem lunch i kafejka. Więc jak już zwlekłem się ok. 10 i zacząłem bawić się w wyrywanie chwastów, zadzwonił telefon, który zostawiłem w kuchni. Standardowo rajd przez cały ogród, ściąganie butów, rajd przez salon do kuchni i… ktoś się rozłączył. Cholera by go, dzwonił może 3 sygnały. Oddzwaniam więc a miła Pani w słuchawce mówi „pozostało Ci 3 minuty rozmowy”. Cholera by to, zawsze pod górkę. Poszedłem więc do Kitty (z nadzieją, że nie śpi) z pytaniem, czy mogę skorzystać z jej internetu, ponieważ chciałem uzupełnić konto. Uzupełniłem i dzwonię. W słuchawce odezwał się Richard, który od razu skojarzył kto dzwoni, więc plus, że nie dzwonił do 100 kandydatów jednocześnie ;) Powiedział, że jest zainteresowany i że wysłał mi maila z zaproszeniem na spotkanie jutro, ale skoro dzwonię, to czy byłbym w stanie przyjść dzisiaj na 15. Siedzibę mają w Nort Shore. Powiedziałem, że dam radę, podziękowałem i chwila zastanowienia. Mamy 11.30, 3 i pół godziny. Dużo i mało. Szybki rajd z powrotem do Kitty i prośba o sprawdzenie maila. Sprawdzamy, okazuje się, że siedziba jest nie tak daleko (North Shore to północna część Auckland, po drugiej stronie zatoki, więc trzeba przejechać przez jedyny most w Auckland. Ogólnie zupełnie po drugiej stronie miasta od nas). Kitty mówi, że jak zatankuję, może mnie zawieźć. Zgadzam się i rozpoczynam nowy rajd. Najpierw pod prysznic i oczywiście trzeba się ogolić. Kolejna rzecz – nie mam żelazka, więc powrotem do pokoju, tym razem pomaga Linda, która przynosi żelazko ze swojego domu. Koszula jest, spodnie są. SHIT! Nie ma butów! Zawsze zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. Przecież przyjechałem z trampkami i butami trekkingowymi. No więc rajd do supermarketu i pierwsze buty, które wyglądają ładnie, są tanie (40$) i przede wszystkim da się nosić. Tutaj jakąś cholerną modę mają na buty eleganckie z takim dłuuuugim czubkiem co powoduje, że miażdży mi palce. Na szczęście udało się z butami, powrót, 13.00 jestem gotowy. Pół godziny na cierpliwe czekanie na dziewczyny, 13.40 wychodzimy z domu.

Wyjeżdżamy a dziewczyny pierwsza runda gdzie? Do sklepu, kupić piwo, bo co będą robiły jak będą czekały na mnie? Więc przebieram niecierpliwie nóżkami prawie 14 a my ciągle nie dalej niż kilometr od domu. Jedziemy. Lądujemy na autostradzie a tam co? Niespodzianka! Korek! No rzesz… Mijamy korek, mijamy CBD, mijamy most, zjeżdżamy z autostrady znajdujemy właściwy budynek… 14.30. No tak, trzeba było wierzyć dziewczynom, przecież one są stąd. Mimo wszystko odległość to jakieś 20km od domu, raczej niemożliwe dostawać się tu autobusem. Jedyny plus, że jedzie się cały czas autostradą. Tak więc 20 minut czekamy i gadamy, 10 minut przed czasem idę. Ląduję na wyznaczonym piętrze i nie wiem co dalej, więc dzwonię powiedzieć, że jestem. Richard mówi, że zaraz po mnie przyjdzie, ale w międzyczasie przechodziła miła pani, która zapytała, czy czekam na kogoś a następnie powiedziała, że pójdzie po niego, powiedzieć, że już jestem a mnie usadziła w jednym z pomieszczeń. Ogólnie pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, biurowiec w miarę nowy, jakieś 3-4 piętra, małe pokoje oddzielone szklanymi ścianami, więc nie open space, wszystko wygląda bardzo sympatycznie. Przychodzi Pan Zhang, który okazuje się azjatą (ciężko było się domyśleć po nazwisku ;) ) i prowadzi mnie do salki konferencyjnej.

Rozmowa. Gdybym miał podsumować, to znacie to uczucie, kiedy teściowa wpada w przepaść waszym jaguarem? Takie mniej więcej pozostało. Chociaż standardowo pozytywnie się nastawiam.
Nie będę wdawał się w szczegóły, bo w większości dotyczyła mojego doświadczenia, dużo było pytań technicznych. Wszystko zajęło jakąś godzinę. Ogólnie Richard powiedział, że jest bardzo zadowolony i że bardzo by chciał mnie zatrudnić. No i tutaj standardowo… ALE. Ale nie wiedział, że nie mam wizy. „Nie zamieściłeś w swoim CV informacji, że nie masz wizy”. Jasne, może dodam jeszcze, że słabo mówię po angielsku? Skutkiem tego jakieś 15 minut z tej godziny przegadaliśmy o możliwościach, aczkolwiek on był raczej pesymistą, ja próbowałem go nastawić pozytywnie. Skończyło się na tym, że powiedział, że zrobi co w jego mocy, ale nic nie obiecuje. Powiedział, że bardzo dużo z jego pracowników jest zza oceanu jak oni nazywają nie Kiwi i nie Aussie, ale wszyscy przychodzą do niego z przynajmniej pół roczną wizą pracowniczą, więc on nawet nie wie jak się załatwia taką wizę, bo nigdy tego nie robili. Notabene w ogłoszeniu o pracę jest napisane, że musisz mieć wizę i jest zdziwiony, że dostał od HR moje CV, bo normalnie nie powinien i nie powinienem tam być (a co mnie to obchodzi :p nie widziałem tego ;) ). W każdym układzie oni są bardzo otwarci na pracowników z daleka i że bardzo docenia moje kwalifikacje, które mu by się bardzo przydały, ze względu na to, że produkują właśnie wersję mobilną swojego portalu, ale outsource-ują produkcję za grubą kasę. Powiedział nawet, że byłby w stanie zasponsorować mi skilled migrant visa (które kosztuje jakieś 4k zł), ale wszystko, gdybym miał wizę pracowniczą i mógłby mnie zatrudnić od zaraz. A tak, nie jest pewien, czy immigration przepuszczą mnie i nie może ryzykować straty czasu, bo nie wie ile to zajmie. Starałem się go przekonać, że w ambasadzie zapewniali mnie, że procedury zajmują mniej niż 2 tygodnie, ale powiedział, że dopyta się w swoich HR-ach. Tak czy siak, spotkanie zakończyło się, powiedział, że zobaczy co da się zrobić i żebym koniecznie dawał mu znać o każdej zmianie mojego statusu, czy znalazłem pracę, czy się przeprowadziłem, czy wyjechałem, czy zmieniłem rodzaj wizy. Tak więc naprawdę wygląda na bardzo zainteresowanego, aczkolwiek cóż. Teraz już jestem pewien, że wszystko rozchodzi się o tą wizę.

I tutaj cholerna zagadka. Ogólnie wizę pracowniczą dostaje się na pracodawcę. Nie da się zmienić pracodawcy na wizie pracowniczej, dopóki nie masz tzw. otwartej wizy pracowniczej. Dowiedziałem się o niej po przyjeździe tutaj i nie mam zielonego pojęcia jak się ją załatwia, bo na stronie immigration nic o takiej nie pisze. Tak czy siak prawo mówi, że nie dostaniesz wizy pracowniczej bez oferty pracy, Richard natomiast powiedział, że nie może mi zaoferować pracy bez wizy pracowniczej. I tak mamy błędne koło. Zastanawiam się w takim układzie, jakim cudem przyjeżdżają do niego pracownicy na otwartej wizie pracowniczej? I z takim pytaniem w poniedziałek wybieram się do immigration i zobaczę co mi powiedzą. Zakładam, że będą nastawieni negatywnie i pewnie starających się dostać wizę mają miliony, ale nie zaszkodzi spytać, przecież nic nie mam do stracenia. Może przy okazji odwiedzę konsulat Polski w Auckland, może tam mi też coś wyjaśnią, ewentualnie zdradzą jakieś luki, które mógłbym sprzedać Richardowi.

Na razie więc pozostaję w kontakcie z firmą, która tak naprawdę była by rewelacyjna do rozwoju kariery w NZ, ponieważ jest to ogromna korporacja, na którą składa się m.in. firma ubezpieczeniowa. Ja natomiast (jeśli to moje głupie szczęście dopisze) miałbym pracować w części turystycznej, czyli w portalu wynajmowania hoteli, organizowanych wycieczek, kupowania przelotów itd. itd. Największy portal turystyczny, czyli wszystko o turystyce w NZ. A obecnie zwiększają zatrudnienie ze względu na poszerzanie działalności o Australię. Budują portal turystyczny o Australii w partnerstwie z jakąś firmą na miejscu.

Głowa do góry, nie jest źle. Nie minęły 3 tygodnie a już pierwsza rozmowa za mną, nawet lepszy wynik niż w Polsce. Wieczorem, ze względu na to, że Clint już wyniósł większość rzeczy i nie nocuje już tutaj, spędziłem cały z Kitty i Lindą w salonie. Już nie musiały ukrywać się w pokoju (nie lubią się z Clintonem, ale to już wiecie). I tak przegadaliśmy do 2 rano, między innymi ucząc się angielskiego (różnice pomiędzy angielskim angielskim i angielskim amerykańskim), ucząc się Polskiego (rodzice Kitty są milionerami na emeryturze, wożą się po całym świecie i m.in. byli w Polsce. Pamiątkę jaką dostała to drzewko szczęścia z bursztynami. Więc ucząc dziewczyny wymowy skończyło się na „dgevko shtchenstia” :D ). Bardzo miły wieczór i mam nadzieję teraz będzie więcej takich :) Starczy wam na dzisiaj, więcej jutro. Zaległy, wczorajszy post pod spodem.

4 komentarze:

cloo pisze...

RALF! rozmowa rozmową ale skup się wreszcie na tym zdjęciu kiwi, wiza ma zdecydowanie mniejszy priorytet! pamiętaj że na pracę masz jeszcze ponad długie dwa miesiące ;)

Pat pisze...

no to gratuluje! pierwsze koty za ploty - to wazne :)

i jak widze to maja tam swietne podejscie do potencjalnego pracownika - to tez wazne, bo mozna zakladac, ze takich pracodawcow jest wiekszosc :)

olej pisze...

A taki potencjalny pracodawca nie mógłby Ci przygotować czegoś w rodzaju listu intencyjnego? Że "jak będzie miał wizę, to go chcemy" i z tym pójść do immigration?

New kiwi pisze...

@Maciek - wlasnie takie cos bede probowal rozkminic w poniedzialek w immigration, ewentualnie w polskiej ambasadzie. O ile nie bedzie 100 kilometrowej kolejki i nie stwierdza "wszystko jest na stronie". Tylko ze o tej "open visa" za cholere nic nie ma...

Prześlij komentarz