czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
5 czerwca 2010
Nuda, nuda nude pogania
Wszystko wynika ze zbyt dużej ilości wolnego czasu. Po prostu mam go aż tyle, że byłbym w stanie przeczytać taki sam blog każdego swojego znajomego. A muszę się czymś zająć, ponieważ mając za dużo czasu, za dużo myślę. Głównie o tym, że to już tydzień mija a ja nie mam za sobą żadnej rozmowy kwalifikacyjnej. Takiej prawdziwej, nie liczę tej telefonicznej. Notabene Pani miała zadzwonić pod koniec tygodnia i chyba jej się zapomniało. Albo odwidziało.
Nie ważne. Trzeba trzymać formę. Uda się! Musi! Bo jak nie ja, to kto?! Potrzebuję więcej samodyscypliny, bo wpadnę w depresję ;) Tak to jest jak pracoholik od dwóch tygodni nie ma w co ręce włożyć. Chciałem pisać sobie swoje programy, ale ciągle cierpię na ten cholerny brak internetu. A ta biedna godzina w kafejce pozwala na przeczytanie maili (głównie reklam lub nowych ofert pracy, nic od was!), wysłanie bloga, przesłanie zdjęć i przejrzenie aktualnych wiadomości. Nic więcej. A tymczasem muszę sobie ściągnąć środowisko do pracy. Nie wiem czemu, ale nie pomyślałem o tym wyjeżdżając, żeby sobie dostosować laptopa do braku internetu.
Tymczasem wczoraj był właśnie nudny dzień. Po tym jak już zwlekłem się z łóżka, odwiedziłem kafejkę i zaliczyłem krótki spacer, wróciłem do domu na obiad, pogadałem chwilę z dziewczynami a następnie dziewczyny zajęły się swoimi sprawami. Jedna pojechała do lekarza, druga do tej rodziny, której nie widziała 10 lat, a teraz widzi się z nimi drugi dzień pod rząd ;) I tak zostałem sam w domu. Było za późno, żeby gdzieś wychodzić a jednocześnie za wcześnie, żeby iść spać… Niestety ze względu na porę roku ok. 17 robi się ciemno, wiec wychodzenie o 15 nie ma sensu. Nie dojdę dalej niż do miejsca, w którym na pewno już byłem. Całą okolicę znam już na pamięć. Tak więc zajadając się marchewkami i jabłkami spędziłem wieczór przy telewizorze, oglądając seriale komediowe. Potem poczytałem książkę i poszedłem spać. Idealny dzień, żeby zamartwiać się co dalej. Dzisiaj na pewno muszę coś ze sobą zrobić pomimo, że pogoda nie rozpieszcza. Jest pochmurno, ale wciąż ciepło.
Wczoraj skontaktowałem się z kimś, kto tu już mieszka i pracuje i co najważniejsze jest polakiem (dzięki P za kontakt). Umówiliśmy się wstępnie dzisiaj na piwo. Mam nadzieję dowiedzieć się więcej ciekawostek o Auckland, pracy i ludziach od innego imigranta. Poza tym zawsze lepiej mieć więcej znajomych, co można wykorzystać spotykając się z nimi w takie dni jak wczoraj. Dodatkowo mam zamiar skontaktować się z jeszcze jedną osobą, która pisze blog podobny do mojego tyle, że jest już tutaj dużo dłużej ode mnie. Może też będzie miała chęć spotkać się i umówić, opowiedzieć trochę więcej o swojej emigracji.
A propos ciekawostek, wczoraj dowiedziałem się ciekawej rzeczy. W Polsce jeżeli ktoś robi imprezę zwykle dzwoni się po Policję, która upomina imprezowiczów, ale do tego musi być naprawdę niezły hałas. Tutaj natomiast istnieje służba zwana „noise control”. Zajmują się oni sprawdzaniem, czy nie jesteśmy przypadkiem za głośno. W przypadku, gdy sąsiad zadzwoni do nich (a nie jest to tutaj rzadkie) przyjeżdża Pan i nie informując nikogo, staje pod drzwiami z czujnikiem hałasu i mierzy. Nie wiem jakie są limity, ale jeśli się je przekroczy za pierwszym i drugim razem dostaje się upomnienie (być może można dostać jeszcze mandat, ale tego nie wiem). Natomiast jeśli trzeci raz będziemy za głośno, służby te mają prawo skonfiskować sprzęt grający! Powoduje to, że w takim kompleksie w którym mieszkamy, Linda nie może korzystać ze swojego zestawu kina domowego, ponieważ ściany są bardzo cienkie a sąsiedzi (ponoć z południowej Afryki) bardzo narzekają na jakikolwiek hałas i dzwonili już raz do noise control.
Cóż, nie ma rzeczy idealnych. Nowa Zelandia też ma swoje wady :) Jest oczywiście na to proste obejście. Do wynajmu/sprzedaży jest mnóstwo domków, które są na odludziu, tzn najbliższy sąsiad jest za 3km ;) Ogólnie jeśli chodzi o nieruchomości to jest to tutaj ostatnio temat nr 1. Pewnie zresztą jak i na całym świecie. Sęk w tym, że chodząc po okolicy niemal na każdej ulicy jest dom do sprzedania (oznacza się go tabliczką agenta nieruchomości wbitą w trawnik przed domem). Jest ich naprawdę mnóstwo, a na trademe (takim NZ allegro) jest więcej domów/mieszkań do sprzedania niż do wynajęcia. Wszystko bierze się z tego, że jakkolwiek jest to piękny kraj i można kupić bardzo łatwo przepiękny domek z widokiem na zatokę, to w stosunku do zarobków ceny nieruchomości w Auckland są jedne z najwyższych na świecie.
Na razie jednak mnie to nie dotyczy. Cel nr 1 znalezienie pracy i zdobycie wizy pracowniczej. Cel zostanie osiągnięty już wkrótce. Musi!
4 czerwca 2010
krotko i na temat
Dzięki bólowi głowy nie będę za bardzo kreatywny, dlatego napiszę tylko co wydarzyło się wczoraj. Potem zapytam dziewczyn czy nie mają aspiryny i zapewne wrócę do łóżka…
Wczoraj była kolejna porcja zwiedzania, ale zawężona. Nie udało mi się w końcu wybrać na północ, jakoś tak z lenistwa jeśli idę ten kilometr czy dwa do kafejki na południe, to jakoś lepiej mi potem oglądać tamte okolice. W każdym układzie widziałem zatokę z innej perspektywy i trafiłem na ulicę wyładowaną komisami samochodowymi. Do tej pory byłem przekonany, że analogicznie do UK samochody są tańsze, przez to, że mają kopniętą kierownicę. I po części tak jest. Ta część to pojazdy stare, otóż do 5k $ można kupić naprawdę niezły samochód, ale stary. Do takich zalicza się np. Pajero z 95r, vectre z 97 ale również astre z 2000. Wszystkie oczywiście na benzynę. Pozostałe samochody z „nowszej generacji” są w bardzo porównywalnych do naszych cenach. I tak np. golf IV z 2004 kosztuje 14k, Astra III z 2005 13k, A4 kombi z 2003 17k, TT z 2006 27k. Tak to mniej więcej wygląda. Jak już znajdę pracę to będę się musiał więcej zainteresować.
Po spacerze były kolejne długodystansowe zakupy, w które wliczał się proszek do prania, mąka, bułka tarta, przyprawy, sos sojowy itd. Kolejne ok. 40$. Ogólnie zauważyłem, że dziennie na jedną osobę wydaje się ok. 30$ + tygodniowo 160$ za pokój. Nie tak źle, powiedziałbym, że przybliżone wydatki do Polskich (z wyjątkiem pokoju oczywiście).
No i pokrótce wieczór. Lindai Kitty zaprosiły mnie na kolację z rodziną Lindy, którą nie widziała 10 lat, tzn. siostrą i jej 2 synami. Spotkanie było z okazji przyjazdu jednego z synów (bliźniaków) z UK, ponieważ tam mieszka od nastu lat. Siostra Lindy natomiast jest starsza o prawie 20 lat, nie pamiętam dokładnie ile, ale wiem, że zbliża się do 60. Na spotkaniu rodzinnym było w sumie 14 osób i byliśmy w chińskiej restauracji. Tak na marginesie Linda i Kitty obecnie nie pracują i szukają pracy, więc nie szastają pieniędzmi, co akurat mnie bardzo odpowiada, ze względu na oszczędności do czasu aż znajdę pracę. Spotkanie było bardzo ciekawe jeśli chodzi o historie rodzinne Lindy, ale z mojej jak i całej 4 dzieci Lindy + chłopaka Hailey było choooolernie nudne, o czym zresztą nie omieszkaliśmy wspomnieć jadąc z powrotem. Wracałem z dzieciakami, tzn z Hailey, Tomem jej chłopakiem i jej najlepszą przyjaciółką (niestety nie pamiętam imienia). Pozostali pojechali z Lindą i Kitty do domu siostry Lindy na kontynuację wspomnień rodzinnych.
Tyle na dzisiaj. Nie wiem kiedy uda mi się to wysłać, ale obecnie jedyne na co mam ochotę to powrót do łóżka i przykrycie głowy 2 poduszkami, jako że za oknem wycinają mi drzewa czy gałęzie, nawet nie wiem co, ale robią dużo szumu. Byle do jutra…
Update po drodze. Dorobilem sie pierwszej Nowozelandzkiej aspiryny...
p.s. w katalogu kolejna paczka zdjec, tyle ile zdazylo sie przeslac przez 1h
3 czerwca 2010
New Zealand
Nowi znajomi
Zacznę od plotki – schudłem! Tzn nawet tak wizualnie, bez wagi. Do złośliwych – nie, mam co jeść :p To nie o to chodzi. Na pewno skutek przynosi codzienne kilkugodzinne zwiedzanie, które równa się kilkugodzinnym spacerom. Do tej pory 2 razy udało mi się odwiedzić komunikację miejską. Pierwszy raz pierwszego dnia jadąc do centrum, drugi raz jak nabawiłem się odcisku na stopie w trampkach i już nie mogłem dalej iść. Od tej pory chodzę w butach trekkingowych. Jeśli chodzi o komunikację miejską, to działa bardzo dobrze. Jeżdżą autobusy i pociągi. Każdy przystanek ma wyświetlacz kiedy i jaki autobus przyjedzie. Niestety ten wyświetlacz to tylko teoria, bo czekając na autobus (za drugim razem) w niedzielę, pojawiało się kolejno, że będzie za 5 minut, potem 4,3,2,1, a potem zniknęło :) A autobusu jak nie było tak nie ma. Po jakiś 5 minutach pojawił się z powrotem z napisem „opóźniony”, a po kolejnych 5 znaczek „due” czyli, że jest. I tak kolejne 5 minut zanim się pojawił. Dzięki Bogu na razie nigdzie nie mam terminów i nie muszę się spieszyć. W przeciwnym wypadku chyba bym się „lekko” zdenerwował.
Wracając do mojej wagi. Oprócz spacerów jeszcze w Polsce zdecydowałem, że będę sobie codziennie ćwiczył, tak coby pozbyć się „biurowej” wagi. Więc macham sobie codziennie rano pompki i brzuszki. Jednak najlepszym elementem „odchudzania” mnie, zupełnie niezamierzonym, jest zdrowe odżywianie! Tak, tak, ja się zdrowo odżywiam. Ciężko w to uwierzyć, ale w sumie to nie mam wyboru. Otóż Kiwi się zdrowo odżywiają. Poza tymi, którzy nie :p To jest w ogóle dziwna sprawa, ale do rzeczy. Jeśli chcesz gotować sobie w domu, to najtańsze elementy żywności tutaj to warzywa, owoce i ryby. Mięso jest stosunkowo drogie jak na codzienny element diety. Moje menu do tej pory to: codziennie rano miska musli z mlekiem + 2 tosty z masłem orzechowym + owoce; na obiad na razie były krewetki z ryżem pod różną postacią, jako że miałem ich 0,5 kg do zjedzenia :) a na kolacje zwykle jajecznica z pieczarkami i cebulką albo tosty z szynką. I tak wygląda mój sposób żywienia. Porównując do Polskiego kotleta na oleju + ziemniaków + białego chleba z masłem z szynką i majonezem itd. itd… Cóż, nie da się porównać.
Natomiast zabawną rzeczą jest to, że wiele Kiwi ma nadwagę. I nie wynika to z tego, że jedzą to samo tylko w dużych ilościach ;) nie, oni po prostu przyjęli kulturę zachodnią. Rozmawiając z Lindą dowiedziałem się, że przyszło to do nich jakieś 10 lat temu. Tzn. wcześniej wszyscy dbali o zdrowie, bardzo popularne były piesze wycieczki za miasto, chodzenie na siłownie czy zdrowe żywienie. Teraz natomiast ludziom wszędzie się spieszy, dlatego co drugie rondo okupuje McDonald, KFC czy Burger King. W domu popularne jest zamawianie Pizzy, przywożenie zestawów z przydrożnych barów (hamburgery + frytki na wagę!) czy jedzenie mrożonek. I tak Kiwi dołączyli do ogólnoświatowego trendu tycia.
Ale mniejsza o ploty. Trochę faktów. Wczoraj byłem we wspomnianych wcześniej zatoczkach. W końcu zrobiłem zdjęcie jakiemuś dzikiemu stworzeniu ;) Natomiast to co mogę powiedzieć to to, że Kiwi to niesamowicie przyjazny naród! Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, odpowiedział bym TU! w Nowej Zelandii! Chodząc po ulicach każda mijająca Cię osoba uśmiecha się do Ciebie i mówi cześć. Mało tego. Kiedy byłem z Kitty na spacerze z psem spotkaliśmy parę dziewczyn z innym psem, zatrzymaliśmy się, przywitaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Na bardzo ogólne tematy, ale jednak. Kiedy zapytałem Kitty „kto to był?” odpowiedziała mi „nie wiem, nigdy ich nie spotkałam”!!! Wyobrażacie sobie tak w Polsce? Szok dla człowieka, który przyzwyczajony jest, że jeśli popatrzy się w oczy mijającej Cię osobie i uśmiechnie się, to w zamian można albo zostać sparaliżowanym piorunującym wzrokiem albo w skrajnym przypadku usłyszeć parę słów. I to wcale nie będzie „cześć”.
Do tego przyjaznego narodu muszę dodać kolejnych znajomych. Kitty i Linda zabrały mnie wczoraj na piwo ze znajomymi. Ci znajomi to 2 pary gejowskie (w znaczeniu 2 facetów, bo oni poprzez gej rozumieją homoseksualistów, nie tylko facetów). I tutaj kolejny szok kulturowy. W Polsce przyjęte mamy, że „pedały” do zło, że zaciągną Cię w krzaki i lepiej nie schylaj się po mydło. Nigdy nie poznałem żadnego geja i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie dość że to są normalni ludzie, zupełnie po nich nie widać ich preferencji, to są to aż za bardzo normalni ludzie. Chodzi o zawód, jeden jest urzędnikiem państwowym, drugi kucharzem w restauracji, trzeci prawnikiem (sic!) a czwarty hydraulikiem… no dobra, po hydrauliku można by się spodziewać haha :) taki żart, który oni sami między sobą opowiadają ;)
W każdym układzie ludzie niezwykle sympatyczni i otwarci. Nie byli natarczywi, nie zadawali głupich pytań związanych z moją obecnością tam, byli naprawdę mili, sympatyczni, zagadywali na różne tematy i można było się poczuć jak ze starymi znajomymi przy piwie. Tak spędziliśmy godzinę, ponieważ mogliśmy wypić tylko 2 piwa (które notabene zostały mi postawione jako nowemu znajomemu), ponieważ ktoś musiał zawieźć nas do domu… Tak, tak znów Linda prowadziła po 2 piwach. I znów powiedziała „nie przejmuj się, nawet ten prawnik jak skończy wróci do domu samochodem”. Jest to trochę przerażające, ale przynajmniej nauczyłem się zapinać pasy jadąc z tyłu :) Muszę jeszcze dodać, że pomimo iż coraz swobodniej czuję się używając na co dzień obcego języka, to zmęczony po całym dniu, po zwiedzaniu i po piwie, wieczorem kiedy usiedliśmy obejrzeć Borata na dvd (co za głupi film!) zaczęły mi się mieszać słowa i co jakiś czas zacząłem wtrącać polskie. Szybko jednak gryzłem się w język i poprawiałem. W każdym układzie przyzwyczajenie językowe zajmie jeszcze trochę.
Na zakończenie mały dzisiejszy plan – oprócz oczywiście wizyty w kafejce (postaram się wrzucić zdjęcia), chcę obejrzeć okolicę domu od strony północnej. Od strony Sylvia Park, z której to strony jeszcze nigdy nie byłem. Na koniec ciekawostka. W NZ jest dużo zieleni, jednak niech was nie zmyli nazwa Sylvia Park. Ten Park, zaznaczony nawet na mapie i w przewodniku! to nic innego jak… centrum handlowe! Pierwszego dnia kiedy przyjechałem pytałem Kitty czy możemy spotkać się w Sylvia Parku, a drugiego dnia spędziłem chyba z 20 minut chodząc w kółko i szukając skrawka zieleni, które mógłbym nazwać parkiem. Wtedy zostałem sprowadzony na ziemię :)
Miłego czytania i oglądania.
2 czerwca 2010
Zalegly post
Dzięki uprzejmości Kitty wysłałem kolejne CV i do was wpis. Nie było opcji wyjścia na pole (do kafejki) przed pierwszą popołudniu. W taką pogodę nawet wodoodporne buty (które również przytachałem te tysiące kilometrów) poddały by się spływającej po nogach wodzie. Niewiele więcej jednak mogłem zrobić, ponieważ Kitty również ma ograniczenia transferu na Internet i każde połączenie spisuje sobie na kartce sumując ile jej jeszcze w miesiącu zostało… Tak na marginesie dziś dowiedziałem się, że prawdziwe imię Kitty to Soraya, ale bardzo go nie lubi i woli być nazywana Kitty.
Wracając do szukania pracy. Wysłałem już w sumie z 15 CV i skończyły mi się możliwe oferty pracy. Przynajmniej te w Auckland. Na razie nie wysyłam nic poza, z wielu powodów. Głównym jest to, że obecnie tu mieszkam :p Ustawiłem sobie tykający zegar na 1,5 miesiąca. Po tym okresie zacznę wysyłać CV gdzie popadnie. Dla nieświadomych, po 3 miesiącach obywatel UE na wizie turystycznej musi opuścić kraj.
Dzięki temu, że jestem pracoholikiem zaczynam się stresować, że nie mam co robić i nie znajdę pracy. Wiem, że to dopiero 3 dni robocze odkąd zacząłem odpowiadać na oferty, ale nie mogę się pozbyć takiego uczucia. A bo nie jestem stąd, a bo nie mam wizy pracowniczej i nikomu nie będzie się chciało jej załatwić, a bo słabo mówię po angielsku, a bo jest pierwszy, więc zatrudniać dopiero będą pod koniec miesiąca… i tak w kółko. To chyba efekt spędzenia dnia w domu. Jutro zdecydowanie muszę wyjść pozwiedzać!
Natomiast dzięki uprzejmości Lindy dostałem deszczowy zestaw, w znaczeniu książkę (Jonathan Kellerman „Evidence”) oraz zestaw filmów dvd do obejrzenia. Dzisiaj obejrzałem Nowozelandzką produkcję Petera Jacksona. Nie pamiętam tytułu, ale film jest stary i jest oparty na faktach, o dwóch nastoletnich Nowozelandzkich przyjaciółkach, które mają wyimaginowany świat a potem świrują :) Ogólnie trochę przerażający jak na fakt, że przyjeżdżając tutaj wyobrażałem sobie NZ jako „najbezpieczniejszy kraj na świecie” :p Cóż, Linda i Kitty tego nie ułatwiają. Radzą, aby w nocy nie szwędać się po ulicy samemu. Zawsze można spotkać jakiegoś „wyspiarza”, który będzie miał w czubie i będzie chciał się bić. Przez wyspiarzy Kiwi rozumieją imigrantów z wysp oceanii (Samoa, Nowa Gwinea). Na stwierdzenie, że jestem dużym chłopcem i sobie poradzę mówią: może i jesteś, ale jak im się nie spodobasz to w samochodzie za rogiem mieszka cała ich rodzina. Spróbuj pogadać z dziesięcioma takimi. Dzięki takim opowieściom dzisiejszy wieczorny wypad po nowozelandzkie wino, który miał mi umilić deszczowy dzień, przepadł z kretesem.
Na koniec poranny update. Pogoda jest śliczna (ok. 20 stopni, przypominam, że jest późna jesień), a ja powoli odlatuję do Polski. Konkretnie ulatniam się :) Nie wiem skąd się bierze ten efekt, ale codziennie rano mam zaparowane okna. Od wewnątrz. Nigdy się z tym nie spotkałem, chyba że na jakiejś bardzo małej przestrzeni (czyt. samochód) a mój pokój w końcu nie jest aż taki mały. Dziwne. Muszę iść na poranną herbatę, żeby uzupełnić ubytki w wodzie! :p A propos poranków to codziennie witają mnie śpiewy jakiś ptaszków (nie są upierdliwe M. i wcale nie zamierzają się znudzić :) ). Niestety skubane chowają się między drzewami, przez co ich nie widzę, ale kiedyś na pewno uda mi się zrobić im foto. A foto uploaduje wam dopiero, jak dorobię się porządnego internetu. No może zacznę nosić pojedyncze zdjęcia na penie do kafejki.
Dzisiaj w planach oczywiście wizyta w kafejce i może w jakimś centrum handlowym. Muszę kupić buty, ponieważ zestaw, który zmieścił się w 20kg bagażu to ciężkie buty trekkingowe (na nogach), trampki i klapki ( w bagażu). Próbowałem zakupić zestaw w Londynie, ale niestety wszystkie, którymi byłem zainteresowany miały rozmiar albo mniejszy albo większy od mojego.
Po zakupach cel: half moon Bay, Bucklands Beach oraz kilka innych po drodze. Popołudniu obiecałem Kitty, że pogram z nią na playstation, ponieważ zostaje sama w domu. Linda jedzie odwiedzić rodzinę, której dawno nie widziała. Tyle na dziś. Miłego dnia … yyy… nocy… zależy skąd czytacie ;)
Jeszcze na koniec update. Znalazlem lepsza kafejke, choc troche dalej (jakies 20 minut na nogach). Przede wszystkim taka kafejka z prawdziwego zdarzenia, tzn tylko kafejka. Tamta, to kilka komputerow w sklepie. Wiec nowa kafejka jest tansza, ma mozliwosc podlaczenia usb, nagrywania, drukowania. Full wypas :) No i w koncu jutro bede mogl wam opublikowac troche zdjec.
Tylko na chwile
No i wiadomosc z ostatniej chwili. Wlasnie przeszedlem pierwsza w swoim zyciu rozmowe rekrutacyjna po angielsku :) Tzn po takiemu prawdziwemu angielsku, bo takie prowadzone przez polakow to juz mialem. Wszystko przez telefon. Dzwonila Pani z Wellington z jakiejs firmy rekrutacyjnej i powiedziala, ze wszystko jej sie bardzo podoba i zadzwoni z kilkoma ofertami pod koniec tygodnia. Calosc zajela ok 16 minut (dobrze ze ladowalem baterie przez noc! uff). Pytania dosyc standardowe, co robiles w tej firmie, czym sie zajmowales w tamtej, opowiedz troche o swojej pracy, bla bla bla. Ogolnie wyszlo calkiem niezle.
Tyle na chwile obecna. Tego dluzszego posta (ktory wtedy juz bedzie nieaktualny) postaram sie wkleic wieczorem.
1 czerwca 2010
Przyzwyczajenie
- 0,5kg cebuli
- 1l oleju słonecznikowego
- 0,6kg pomidorów
- 16 dag pieczarek
- opakowanie (około 1kg) marchewek
- opakowanie (około 2kg) jabłek
- 2l mleka
- 12 jajek
- 0,87kg pomarańczy
- 0,46kg bananów
- 0,5kg krewetek mrożonych
- paczka musli
- puszka (300g) przecieru pomidorowego
- 200g szynki
- 1kg ryżu
-----
SUMA: 44,70 NZD
Zagadka: co z tego można przygotować? :)))
I tutaj kilka ciekawostek. Zacznijmy od wagi. Owoce kupowane w chińskim supermarkecie (ponieważ tańsze) wcale nie muszą być tańsze. Otóż, nie do końca doszedłem jeszcze jaka jest zasada, ale z rachunku wygląda to tak, że jeżeli kupujesz mniej niż 1kg, musisz zapłacić za 1kg. Jeśli kupujesz więcej, płacisz już dokładną kwotę. Nauczka na przyszłość. Kolejna ciekawostka – Kiwi jedzą dużo ryżu. Dużo, to znaczy, że w sklepie sprzedaje się tylko UncleBens-a w nam znanych torebkach. Standardowo ryż sprzedaje się w torbach. Nie torebkach, torbach! Oznacza to torby od 1kg do… 50!!! Tak jak my kupujemy ziemniaki w wielkich workach (mówi się na to pół metra chyba), tak oni w takich wielkich workach kupują ryż! Wiem, że jest tu cholernie dużo skośnookich, ale Kiwi chyba dostosowali się do tych zwyczajów.
Apropos skośnookich, przerywnik w postaci wczorajszego dowcipu:
Linda: Wiesz jakie jest najniebezpieczniejsze miejsce na świecie?
Ja: Nie mam pojęcia…
Linda: Parking pod chińskim supermarketem!
Zrozumieliście? Ja też nie :) ale Linda bardzo szybko przypomniała mi o skośnookich kierowcach, którzy jeżdżą tak fatalnie i załapałem. Oni naprawdę się nabijają przy każdej okazji ze skośnookich kierowców.
Tak więc organizuję się dalej. Została mi oficjalnie przydzielona półka w lodówce oraz w szafce z jedzonkiem. Dziś rano również zabrałem się do organizowania swojego pokoju, co oznacza wypakowanie się w końcu i poukładanie rzeczy na półkach. Na razie cierpię jeszcze na brak jakiegoś stolika i wieszaków. Pozostałe rzeczy w pokoju są jakby już na miejscu :) Swoje miejsce mają koszulki pożegnalne, kartka z podpisami, termometr leży na oknie, żeby sprawdzać temperaturę, latarka w pidżamie, żeby świecić sobie w nocy, kompas na krześle przy łóżku, żeby wiedzieć w którą stronę jest Polska a breloczek do kluczy z „I love Poland” został obdarzony kluczem do domu. Wisiorek miał swoje miejsce jeszcze w Polsce i wisi na szyi ;)
Minął kolejny dzień. Zasadniczo, jak tak dalej pójdzie, będę musiał zmienić tytuł bloga z „relacji” na „dziennik”. Mam jednak nadzieję, że szybko to się zmieni w postaci znalezienia pracy i posiadania 100 milionów rzeczy na głowie do zrobienia. Tymczasem teraz mam mnóstwo czasu. Z radością spędzam go z rodziną Lindy i Kitty, ale tak szczerze to już bym coś zrobił… Zważając na to, że najdłuższe wakacje w mojej zawodowej karierze trwały 9 dni, to właśnie zaczyna się okres, w którym powinienem zacząć coś robić. Kiedy przypomnę sobie te dziesiątki nadgodzin w ostatnim roku, pracę w domu i weekendami, to zaczynam się czuć jak na odwyku. Pewnie od jutra zacznę pisać sobie jakieś programiki dla ćwiczeń. Od jutra, bo dziś muszę skombinować sobie pendrive-a żeby przynosić z kafejki potrzebne rzeczy.
Jeszcze słowo o współlokatorach. Linda i Kitty mieszkają razem w pokoju. To oznacza, że dzieci Lindy mieszkają same w domu. Co prawda jest to 3 drzwi dalej, ale jednak stopień swobody dzieciaków jest duży. Jeśli chodzi o Clintona, to jeszcze nie zamienił ze mną ani słowa. Strzelił focha, ponieważ Kitty i Linda nie powiedziały mu, że się wprowadzam. Poczuł się tym urażony i nie odzywa się do nikogo, w tym do mnie. Wogóle facet nie wygląda na zbytnio sympatycznego, ok 40 letni sprzedawca, pijący na śniadanie mleko czekoladowe dla siłaczy (takie z proszku) pomimo, że na Pudziana to on nie wygląda. Cóż, jakoś póki co nie przekonał mnie do tego, że mam czego żałować że się nie odzywa.
Pocieszenie dla was :) pogoda się zepsuła. Pan pogodynka zapowiada na dziś burze i deszcze. To drugie się sprawdza, ponieważ nie ma kawałka przejaśnienia na niebie. Gęste czarne chmury i leje. Wczoraj jeszcze było słonko i zaliczyłem 3 godzinny spacer z Kitty i jej pieskiem po okolicy, żeby zapoznać się z użytecznymi miejscami. Dziś już przyda się kurtka przeciwdeszczowa, którą tachałem te tysiące kilometrów. Mam nadzieję, że pogoda szybko się zmieni, ponieważ Linda chciała zabrać dzieciaki na plażę poza miasto i obiecała, że mnie zabierze. Nad taki prawdziwy ocean, bo ten w Auckland to taki oszukiwany. Gdzie się nie rozejrzysz, widzisz jakąś wysepkę. A ja chcę taką pustkę, takie prawdziwe ogromne coś z wielkimi falami. I właśnie tam, mam nadzieję, zabierze mnie Linda w przyszłym tygodniu.
I na koniec pozdrowienia dla czytelników :) Dotarły do mnie sygnały, że coraz więcej osób czyta i coraz bardziej im się podoba. W znaczeniu, że lepiej idzie mi pisanie. Cieszę się, ponieważ pisarz ze mnie marny (nie to co A. i jej fantastyczna wyobraźnia! pozdrowienia i czekam na pierwszą książkę :) ) i jedyną publikację jaką byłbym w stanie wydać to instrukcja obsługi zapałki. Blog powstał z zamiarem informowania rodziny, przyjaciół i znajomych czy jeszcze żyję, a tymczasem stał się dziennikiem wspomnień :) Może to i dobrze, każde doświadczenie w życiu się przyda. Tyle na dziś. Najwyższy czas wziąć prysznic, ubrać się, zrobić pierwsze Nowozelandzkie pranie i wyskoczyć do kafejki wysłać wam najnowsze wieści a przy okazji kolejny tuzin CV :)
