7 września 2010

Nadrabiania ciąg dalszy

Zacznę od krótkej lekcji angielskiego :) SMSa trzymałem przez dłuższy czas, żeby zademonstrować poziom skupienia, jaki trzeba poświęcić na czytanie ich tutaj. A wszystko wzięło się oczywiście od dzieci. Kitty i Linda odkąd smsują z dzieciakami, nauczyły się języka smsowego. I tak jeden z fajniejszych wygląda tak:
"Heya Ralf, wht tym ru gng hm? brng u dwn2briscoes thy gta massv sale til9pm...50% for evrthng". Świetne nie? Teraz już mi idzie dobrze czytanie tego, ale początki były ciężkie :) Gdyby ktoś nie potrafił rozszyfrować, całość wygląda mniej więcej tak:
"what time are you going home? I will bring you down to briscoes, they got massive sale till 9 pm"

Teraz trochę o pracy. W pracy jak to pracy, dużo roboty, ale wygląda na to, że powoli prostujemy wszystko, przez co mam nadzieję już za 2-3 tygodnie będzie można spokojnie odpracować swoje 9 godzin (godzina w ciągu dnia na lunch). Natomiast padłem ofiarą swoistego rasizmu ze strony klienta, za co w nagrodę dostałem długiego przepraszającego i dziękującego maila :) Wszystko wzięło się z tego, że wypuściliśmy stronę na czas, ale jednocześnie na gwałt. Efekt taki, że było cokolwiek a działało jak chciało. Przez następne kilka dni poprawiałem, żeby było git. Z klientką posługiwałem się mailowo, ale wiedziała, że jestem Polakiem. W każdym układzie z naszej strony było zbudowanie tylko strony i formularza rejestracyjnego. Baza danych leżała jeszcze w trzeciej firmie, która miała synchronizację z klientem docelowym. I tak oto w piątek się coś wypierdzieliło i od soboty rana dostawałem telefony na przemian od szefa jak i drugiej firmy. Wybrałem się wiec do pracy i sprawdziłem z naszej strony wszystko na 4 strony, bo w końcu głupio tak pierwszy projekt zmaścić nie? Sprawdziłem, wysłałem potwierdzenie mailem i cisza. Odezwali się w poniedziałek. Najpierw firma trzecia, przepraszając za zaistniałą sytuację, ponieważ błąd był po ich stronie. Na szczęście wszystkie dane udało się odzyskać. Potem klientka, która osobiście dzwoniła do mojego szefa i dziękowała za pomoc w sobotę i przepraszała, że posądziła mnie o niedokładność :) I tak oto Steve (mój szef) przyszedł do mnie przekazać mi przeprosiny i powiedział "dobrze na tym wyszliśmy, bo to jeden z naszych większych partnerów. Teraz natomiast automatycznie będą ufali nam bardziej, bo głupio im będzie kolejny raz posądzać nas o niedokładność" :)

Tyle o pracy. Więcej nie piszę, bo od tygodnia walczę a ASP i j#@#nym w d#@e Microsoftowym systemem. Po całym dniu zmagań udało mi się zainstalować i skonfigurować IIS, po kolejnym dniu odpalić Umbraco, po kolejnym uruchomić stronę którą skopiował nam dostawca, który jej nie dokończył. I tak przez 3 dni to, co pod Apachem i PHPem wykonałbym jednym klawiszem F5 pod total commanderem.

Dzisiaj natomiast o rzeczach, których by mi brakowało, gdybym miał się kiedyś wyprowadzić z NZ. Otóż dla nas polaków niektóre rzeczy są wciąż obce. I tak muszę wymienić, że będąc tutaj przez ponad 3 miesiące, nie mógłbym się obejść bez młynka na odpady w zlewie. To takie coś co montuje się pod zlewem i pozwala na zmycie talerza z resztkami do zlewu i nie przejmowanie się śmietnikiem. Następnie wciskamy magiczny przycisk, młynek mieli wszystko ze zlewu i tyle było brudu. Dokładnie tak samo nie mógłbym się obejść bez suszarki do prania. Jakkolwiek wielkich rzeczy nawet nie próbowałem suszyć, bo raz, że może zniszczyć taki swetr np, a dwa, że dużo czasu zajęło by, ale jeśli chodzi o suszenie skarpetek i bielizny w około 40 minut, to suszarka jest niezastąpiona. W dodatku doskonale przydaje się do ogrzewania odzieży :)
Kolejny element (aż dziw, że nie rozpropagowany w Polsce), czyli elektryczny koc. W brew pozorom to nie koc, a prześcieradło. Kładzie się to pod prześcieradłem i włącza kilkanaście minut przed pójściem spać, czyli np przed przebraniem się i wizytą w łazience. Zaraz potem wskakuje się do cudownie ogrzanego łóżka i koc można wyłączyć.
Dalej - sok pomarańczowy w 3 litrowych butelkach. Akurat sok piję tonami i zawsze piłem. 3 litrowa butelka jest tak fajnie skonstruowana, że można z niej pić "z gwinta". Jednocześnie jest na tyle duża, że nie trzeba codziennie po sok chodzić.
Kurcze tyle rzeczy miałem w głowie, ale napisałem sobie tylko na liście, że mam wam wymienić rzeczy bez których nie mógłbym się obejść. Cóż, jak sobie coś przypomnę to dodam. Może wynika to z późnej pory wpisywania. Ciężko się skupić ;)

Bez czego mógłbym się obejść? Na pewno bez pogody. W Polsce jaką mamy taką mamy, ale jest stabilna. Jak ma lać to leje. Jak ma być słońce, to świeci. Tutaj? Idziesz pod prysznic rano - praży słońce. Wychodzisz z pod prysznica - ulewa. Ubierasz kurtkę bierzesz parasol -znów słońce i tak w kółko. Jest też kilka innych rzeczy ale wspominając w/w porę ciężko się skupić.

Dlatego właśnie na dzisiaj kończę. Miłego dnia i do usłyszenia jutro!

5 września 2010

Nadrabiamy zaległości

Dobra, lista rzeczy do wpisania wydłużyła się tak bardzo, że trzeba ją trochę skrócić. Na początek jednak polecam film "World's Greatest Dad", który przed chwilą obejrzałem i jestem pod mocnym wrażeniem. Jednocześnie nieodparte porównanie do Kaczyńskich (no może poza końcówką), ale jeśli chcecie wiedzieć więcej, obejrzyjcie :)

Ok jedziemy listę. Przede wszystkim musicie się przyzwyczaić, że będę pisał rzadziej. Codzienne pisanie może by było jeszcze aktualne, gdyby nie: (pkt. pierwszy z listy) gdybym nie znalazł sobie innego hobby, które powoli zajmuje mi głowę. Hobby nie mogę wam niestety zdradzić, ponieważ jest moją słodką tajemnicą. Jedyne co mogę powiedzieć, to że ukaże się toto w internecie w najbliższych tygodniach, ale na pewno nie będziecie mogli powiązać tego ze mną, ponieważ robię toto pod pseudonimem :) No chyba, że się złamię i zamieszczę gdzieś linka, ale póki co tajemniczość powoduje, że przynosi toto większą satysfakcję.

Przez ostatni tydzień nie miałem wam też okazji opowiedzieć o "wspaniałej" przygodzie, w postaci jedzenia kuchni Thai. Nigdy, przenigdy nie ufajcie restauracji Thai i zawsze, zawsze, zawsze proście o łagodne jedzenie, które i tak będzie dla nas europejczyków cholernie ostre. I tak będąc w ubiegłą sobotę w pracy kupiłem sobie na wynos kurczaka z sałatką i całe krewetki w jakimś sosie i z warzywami. Zacząłem od krewetek jako taka przystawka. Zjadłem pierwszą i w smaku była słodka, ale ten czerwony wręcz pływający sos był podejrzany. Z rozmachu zjadłem drugą i... zaczęło się. Palenie w gardle to mało powiedziane. Zaczęło mi wszystko podchodzić do gardła, wszystko co zjadłem od tygodnia. Zacząłem ryczeć. To nie były płynące łzy, z oczu i nosa zaczęła mi płynąć woda. W tej samej sekundzie wypiłem szklankę wody i puszkę coli, co zupełnie nie pomogło, więc poszedłem pod kran i zacząłem płukać usta. Przez najbliższą godzinę nie mogłem wziąć nic do ust bo czułem, jakby ktoś mi przed chwilą je wypełnił kwasem. Przez kolejną godzinę jeszcze czułem ten smak. Ja nie wiem jak ktokolwiek na świecie mógłby to zjeść bez zająknięcia się, ale obiecuję postawić flaszkę wódki temu kto podoła. Jak dla mnie była to wymyślna Tajska mieszanka nitrogliceryny, benzyny, kwasu siarkowego, octu i odrobiny papryki do smaku! Bleh! Nigdy więcej nie idę do kuchni Thai!

A propos jedzenia, to we czwartek z okazji wyprowadzki Kitty i Linda urządziły kolację. Kolacja była wyśmienita a składała się głównie z lokalnej... baraniny :) I tak oto mogę powiedzieć, że zjadłem pierwszą nowozelandzką owieczkę, a przynajmniej jej kawałek. Baranina jest tutaj bardzo droga, a co zaskakujące w Australii nowozelandzka baranina jest tańsza niż tutaj. Ciekawe, skoro NZ jest największym producentem baraniny na świecie. Tak więc, żeby zrobić wam samaka obiadek wyglądał dokładnie tak:

W międzyczasie podczas przeprowadzki w końcu udało mi się złapać na filmie królika walczącego z psem :) Jeśli ktoś sobie przypomina monty pythonowego królika zabójcę, to ten królik wygląda dokładnie tak samo. Wkleję wam filmik jak tylko youtube przestanie mieć problemy z odbieraniem filmów. Próbowałem dzisiaj już kilka razy.

Tak żeby przeskoczyć jeszcze elementy listy, poskarżę się na media w Polsce. W nocy z piątku na sobotę na południowej wyspie miało miejsce największe trzęsienie ziemi od 1931 roku. Zniszczone zostało drugie co do wielkości miasto w NZ czyli Christchurch, o którym zapewne pamiętacie, bo miałem tam dostać pracę. Straty oszacowuje się narazie na 2 miliardy NZD, aczkolwiek geolodzy twierdzą, że mogło to być trzęsienie pierwotne, zapowiadające jeszcze większe (obecne miało 7.3 stopnia). I tak w sobotę cały dzień na tutejszej jedynce leciała relacja z Christchurch, wszelkie światowe media miały zdjęcia zawalonych budynków, mostów itd na pierwszej stronie jako pierwszy news przez całą sobotę, tymczasem w Polsce? Najważniejszym newsem był Kaczyński. Dlatego właśnie nie lubię Polski i tak dobrze czuję się z dala. Jesteśmy tak strasznie zapatrzeni w siebie, że niedługo walniemy się czołem o własną głowę. Gdyby ktoś jednak był zainteresowany PRAWDZIWYM newsem, a nie notką na Onecie, zapraszam na fotorelację tu.

Ok, wracając do listy kolejna ciekawostka z Auckland. Parę dni temu wybraliśmy się z Kitty i Lindą do starych fortów na północy Auckland, które są zbudowane wewnątrz wygasłych wulkanów. Forty są otwarte i wewnątrz góry. Z zewnątrz widać tylko zielone wzgórze, natomiast wewnątrz jest labirynt korytarzy i pomieszczeń. Obecnie oczywiście puste, więc gdyby to było w Polsce, zapewne było by siedliskiem bezdomnych lub jakiś przestępców ;) W każdym układzie najbardziej ciekawe są działa, z których zachowało się w oryginale tylko jedno. Otóż działa na czas załadunku chowały się w górze. Następnie wysuwały się do góry, oddawały strzał i znów się chowały. Dlatego nazwano je "znikającymi armatami". Nie są to jakieś małe działa, bo na mój gust ma to z 5 metrów długości. Jak donosiła karteczka historyczna obok, działo miało zasięg kilku kilometrów i służyło obronie portu i zatoki portowej Auckland. Wystrzeliło tylko raz w historii, w ramach ćwiczeń. W trakcie strzału pękły szyby we wszystkich okolicznych domach, przez co ze względu na tysiące skarg, działo nigdy nie zostało użyte. Na pewno wybiorę się tam kiedyś jeszcze raz, żeby porobić zdjęcia, natomiast wtedy byliśmy przy okazji, więc aparatu przy sobie nie miałem :( Gdyby ktoś jednak chciał poczytać to zapraszam do wiki.

Na koniec, pomimo, że listy wcale nie wyczerpałem, ale na dziś wam starczy ;) , na koniec o "lost in a box", czyli konkursie wymyślonym przez stację Edge. Stacja Edge słynie tutaj z kontrowersji. To oni puścili piosenkę "something in the water" z dedykacją dla Pakistanu, żarty typu "ten koleś ma szczęście, mógłby mieć gorzej, tak jak ja tego ranka, obudziłem się a na moim trawniku kupę robił pudel!" o Hindusie, który wrócił z Indii od rodziny i zastał swoją żonę i dziecko zamordowane i wiele innych. W każdym układzie stacja ta wymyśliła konkurs, którego idea wzięła się z jakiejś książki, której niestety tytułu nie pamiętam. Konkurs nazywa się "Lost in a box" i polega na tym, że zamknięto laskę w dużym pudle, w którym ma tylko łóżko i kilka metrów do poruszania się, nie ma okien (za to ma internet) i może porozumiewać się z użytkownikami poprzez kamerę zamontowaną w rogu i facebooka. I tak, osoba która ją znajdzie w ciągu 21 dni dostaje 10 tys. dolarów, a przy okazji ona dostaje drugie 10 tys. Zanim zamknięto ją w pudle wożono ją ok 10 godzin, w tym 3 godziny samolotem. Wszystko ze studia w Auckland. Nie wiadomo jednak, czy wożono ją w kółko i latano w kółko i w efekcie przywieziono ją z powrotem do Auckland, czy np. jest na samym południu południowej wyspy. Codziennie dostaje jakiś element podpowiedzi, który ma przybliżać do znalezienia jej. Pomysł ciekawy, aczkolwiek tutaj przez wszystkich uważany za bardzo kontrowersyjny. W końcu zamknięto laskę na 21 dni w małym pomieszczeniu (ok. sama się zgodziła) i nie wiadomo czy nie zeświruje ;)
Tak czy siak szczegóły można obejrzeć tutaj, niestety pograć już nie możecie, bo trzeba ją znaleźć osobiście :)

Tyle na dzisiaj. Jutro prawdopodobnie reszta listy zaległych rzeczy do opowiedzenia wyląduje u was. Miłej niedzieli :)

4 września 2010

U mnie wszystko ok

Tylko, żebyście byli pewni. Trzęsienie ziemi było na południowej wyspie, blisko Christchurch. Tu nie było odczuwalne. Pomimo, że wygląda to dramatycznie, u mnie wszystko ok.
Na wszystkich kanałach leci relacja, to największe trzęsienie tutaj od 1930 roku.

3 września 2010

Dzisiaj będą dwa wpisy

Drugi pod spodem do nadrobienia :)

Trochę mam zaległości, więc postaram się uzupełnić. Przede wszystkim jestem przeprowadzony i to najważniejsze. Po moim pokoju już da się poruszać i to drugie najważniejsze :) Jutro reszta porządków i powinno być całkiem przytulnie. W związku z przeprowadzką też na pewno czeka mnie sporo zakupów. Jedne zresztą mam już za sobą, mianowicie przyrządy do spania :) I tak na promocji za uwaga 80 dolarów (spróbujcie takie zakupy zrobić w Polsce) mam:
-wypasiony komplet pościeli w kolorze morza z falami :) bardzo przyjemny, właśnie testuję
-poduszkę
-taki duży stojący wieszak... nie wiem jak wam to opisać :) taka duża rama prostokątna na kółkach, która na górze ma poprzeczkę na której wiesza się ubrania :)
-mattress protector - to chyba nie tłumaczalne. Taka mata na materac, którą kładzie się pod prześcieradło, żeby jak się wyleje np coś na łóżko albo przypadkiem zsika :D to ta mata jest nieprzemakalna, ale jednocześnie mięciutka :)

Czeka mnie jeszcze w kolejce zakup pilota do TV odziedziczonego, jakieś psikające zapachy do pokoju i wiele pierdół, żeby czuć się jak u siebie, chociaż w domu to przebywam chyba najrzadziej! Bo otóż jutro mam ochotę pójść do pracy - taki bunt na pogodę. Być może również w przyszłym tygodniu uda się zakupić skuter. Kilka jest pod obserwacją na trademe i w przyszłym tygodniu kończy im się licytacja.

Ok teraz o zaległościach. Najpierw o was :) Ciekawostka nr. 1. Google analytics rozróżnia Kraków na Kraków i... Nową Hutę :) Uśmiałem się nieźle jak mi wylistował miejsca w Polsce i m.in. Nową Hutę! Wygląda na to, że jest was stałych czytelników ok 60, co mnie trochę szokuje, bo nie wiem skąd was tyle. Przedstawiać się pod spodem :) W każdym układzie na liście jest Kraków, to oczywiste, Wawa, to również, pozdrowienia dla dziewczyn z Wawy, Poznań, tak wiem kto w Poznaniu hakuje wasze trademe, ale jest też spory ruch z Katowic co mnie szczerze zaskoczyło, bo z Katowic raczej nikogo nie znam. Z ciekawostek - jest też ruch oczywiście z Francji, pozdrowienia :), jest ze Szwecji (WTF) i Stanów, ale tam jest duży współczynnik odrzuceń, więc prawdopodobnie chwytliwa jest nazwa bloga, no i na koniec coraz większy ruch z Nowej Zelandii :) Pozdrawiamy rodaków na obczyźnie.
Zabawny też jest trend jak czytacie tego bloga. Otóż strzał zawsze jest w poniedziałki, potem sukcesywnie spada i normuje się, lekko podskakuje w piątek a w weekend już jest bardzo niski. Tak więc w poniedziałek zamiast zaczynać pracę wszyscy się obijają z rana czytając posty, potem ostro pracują, w piątek już jedną nogą są podczas weekendu, więc znów czytają, a w weekend się obijają :) Czyli dzień jak co dzień.

Mam też za sobą pierwsze porządne wdrożenie. Praca w malej firmie ma małą wadę. Nasz klient, nasz Pan. Oznacza to, że nie dość, że mojej pierwszej strony poprostu się wstydzę (niby się waliduje, niby wygląda jakoś, ale jest jeden wielki miszmasz). Wszystko z powodu ciśnienia i robienia na wczoraj. Pewnie dużo nawyków wejdzie mi w krew z czasem, bo przecież miałem małą przerwę w programowaniu, ale i tak to co stworzyłem woła o pomstę do nieba. Poza tym nie wchodźcie tam, bo zrobiliście w ubiegłym tygodniu większy ruch niż Nowa Zelandia haha! I jak ja się wytłumaczę klientowi ze statystyk ;) Wracając do klienta. Strona była gotowa na wtorek. Cały wtorek i środę poprawiałem IE6 i 7 przy czym pod IE6 i tak działać działa, ale wygląda koszmarnie. Natomiast środę i czwartek i nawet część dzisiejszego dnia, robiłem zmiany od klienta. A bo im się odwidziało to, a bo ten tekst mógłby być inny i tak z 40 maili dziennie... Cóż, ważne że płacą a zlecenie nie ograniczało się do strony, więc faktura warta zachodu. Ogólnie w pracy swobodnie wszyscy posługują się kwotami, więc wiem mniej więcej jak tutaj wygląda biznes.
Dzisiaj natomiast Steve (czyli mój szefo-właściciel firmy) przyszedł do mnie i poprosił, żebym zrobił krótką prezentację na poniedziałek, co potrafię zrobić i co potrafię załatwić :) Wszystko po to, że Canon prosi nas o ofertę i musimy mu ją przygotować. Dowiedziałem się też, że jeśli uda się współpraca z Canonem tak jak wynika z pierwszych rozmów, to project managerem zostanę szybciej niż mi się wydawało, bo sam sobie na pewno z tym wszystkim nie poradzę i trzeba będzie zbudować dobry zespół kontraktorów. Ale to na razie przyszłość.

Wracając chwilowo do pogody. Jest rzeczywiście sztormowa, piździ, drzewa się uchylają i tylko jednego żałuję. Gdybym już miał samochód z samego rana (kiedy ma być najgorzej) pojechałbym na plażę surferów zobaczyć fale i być może jakiś szaleńców surfujących na kilkumetrowych falach. Cóż, będzie jeszcze okazja zobaczyć i być szaleńcem ;)

Dobra, żeby was nie zanudzić dodam ostatnią rzecz z listy, aczkolwiek lista nie została wyczerpana, więc jutro pojawi się pewnie podobnej długości post, jeśli nie dłuższy :) Otóż na koniec o przejeździe pociągiem. Codziennym zresztą. Pociągi są tutaj zorganizowane dosyć śmiesznie. Mianowicie kasy biletowe są tylko na końcowych stacjach (których raptem jest kilka). Bilety kupuje się w takiej samej cenie u konduktora. Konduktor zresztą również kasuje bilet. Bilety są na przejazd, to znaczy, że jeśli konduktor Ci go nie skasuje, możesz go użyć jeszcze raz. To jednak nie jest łatwe, bo jest ich zwykle dużo (średnio jeden na 2 wagony). Przy dużym ruchu jednak a szczególnie dużym ruchu i dużą ilością osób, które bilet kupują. a nie tylko kasują, jest szansa przejechać za darmo, co zresztą raz mi się udało.
Przejazdy ogólnie są drogie. Bilet tygodniowy kosztuje mnie 36$ w cenie którego mam 10 przejazdów z mojej strefy, czyli ze strefy 3. I tak wchodząc do pociągu, doskakuje konduktor, który mi 1/10 biletu kasuje.
Sam transport kolejowy jest przyzwoity. Wbrew plotkom pociągi jeżdżą nawet na czas (nie to co autobusy, te to wielka loteria) i dosyć często, przez co nie są przeludnione. Przeludniają się dopiero na ostatniej przed centrum stacji, do której dużo osób dojeżdża samochodem. Z ciekawostek z przedostatniej stacji do Britomart czyli centralnej stacji pociąg jedzie wałem przez zatokę :) Wał ma oczywiście przerwę w postaci mostu dla łódek, ale przez jakieś 1000 metrów jedzie się mając po obu stronach wodę :)
Ludzie w pociągach są zamyśleni i skupieni na sobie. Rzadko spotyka się rozwrzeszczanych, czy rozbrykanych osobników. Widocznie ludzie szanują transport publiczny i jego użytkowników. Pociągi nie mają graffiti ani porysowanych okien (jak w Krakowie) i są czyste. Kokosy za to zapewne robią tutaj producenci słuchawek do muzyki, bo 90% ludzi jadąc pociągami słucha muzyki (lub czegoś innego przez słuchawki). A jak wiemy słuchawki psują się bardzo często :)
Dodatkowo ciekawostka. Codziennie jeżdżąc tym samym pociągiem spotykam tych samych ludzi. Już po 2 tygodniach ich rozpoznaję a szczególnie jego...ją...to, czyli transwestytę. Można rozpoznać po ciemku, ubrany w damskie ciuchy, długie włosy, makijaż, pomalowane paznokcie, ale twarz rolnika Heńka zza miedzy. Jeśli homoseksualistów zaakceptowałem i nawet polubiłem, to tego chyba nie ugryzę...

Dobra tyle na dzisiaj. Idę spać a wam wszystkim życzę miłego weekendu :)

Drugi wpis

Dzisiaj będą dwa wpisy. Naturalnie ten większość przeczyta jakos drugi :) Narazie tylko podsumowanie dnia. Tak więc jestem przeprowadzony. Narazie moje pomieszczenie wygląda jakby bomba atomowa wybuchła na miejscu, ale to jeszcze nic w porównaniu z pokojem dziewczyn. Tam natomiast trzeba przeskakiwać pomiędzy wolnymi przestrzeniami na podłodze. Hardcore :)

I tak w związku z akumulacją 2 domów w jeden w moim pokoju wylądowało duże łóżko (jako, że Linda miała swoje, przejąłem Kitty), telewizor z salony, bo przecież tutaj jest, dwa "lazy boy" czyli takie fotele co rozkładają im się podnóżki i oparcia obniżają i wiele innych pierdół. Przez to właśnie ciężko z organizacją. Co zabawne pakowanie wbrew pozorom zajęło mi 30 minut zaś sama przeprowadzka godzinę. Jednak większość rzeczy u mnie już była jak przyszedłem z pracy. Dziewczynom pomogła znajoma para gejowska w przeprowadzce więc zasadniczo mnie pozostało do przeniesienia tylko moje bety.

Wieczorem napiszę zwykłego posta, bo tematów do rozwinięcia na pulpicie uzbierało mi się sporo, więc możecie się późnym popołudniem spodziewać sporeeego posta, tak żeby wam wynagrodzić. Dodam tylko jeszcze dzisiejsze moje gapiostwo. Kupiłem na trademe nowy telefon. Nowy dosłownie a udało się wylicytować za całkiem niską kwotę. To nokia i odrazu ściągnąłem kilka aplikacji (dla wścibskich - Onetowej nie ściągnąłem, jest nie dostępna w NZ ;) ). Między innymi ściągnąłem aplikację pogodową. I jako główny frajer Nowej Zelandii dzisiaj rano wyjrzałem za okno, żeby przywitało mnie przepiękne słońce i żeby zdecydować - po cholerę mi tachać taki ogromny parasol w taki piękny dzień... IDIOTA! Po czym korzystając z nowych technologii, jadąc w pociągu (w czas) sprawdziłem pogodę, żeby przekonać się, że popołudniu będzie padało, wieczorem będzie pogoda burzowa a w nocy sztormowa... I tak wracając z pracy piździło chyba 100 na godzinę i lekko padało, aktualnie jeszcze bardziej piździ i leje się ciurkiem w poprzek, a nad ranem ma być kulminacja. Cóż, musiałem się ratować nową komórką w inny sposób - sms do Kitty, żeby po mnie przyjechała na stację. Nauczka na przyszłość. Ile razy sam wam pisałem, że tutaj pogoda jest zmienna?! W dodatku usłyszałem dzisiaj dokładnie 3 razy od różnych, niezależnych osób, którym powiedziałem o tym parasolu cytat: "jak długo jesteś w Nowej Zelandii?". :) Teraz będę pamiętał.

Czas zabrać się za porządkowanie tego bajzlu. Do usłyszenia za kilka godzin.

1 września 2010

Zwalniamy z postami :)

Jak widzicie chwilowo mam mniej czasu. Wynika to z dwóch rzeczy nakładających się na siebie. Pierwsza i główna to praca, ale z tym sobie jeszcze nieźle radzę. Druga natomiast, która pochłania mi każdą wolną chwilę, to przeprowadzka. Do piątku musimy się przeprowadzić i tymczasowo wszyscy lądujemy w domu Lindy. Dzieciaki zostały upchane i tak oto zamieszkujemy w jednym domu z rodziną Lindy. Więcej opowiem wam jutro lub pojutrze, kiedy teoretycznie powinno być po przeprowadzce.

Trochę o samej pracy. W pracy atmosfera jest świetna. Powiem wam, że chyba lepiej pracuje się w małych firmach, bo każdego znasz doskonale. W takich molochach, to jakoś zawsze czasu brakuje, żeby pogadać. Owszem ma się kilku najlepszych znajomych, ale poza tym ludzi zna się z fajki albo "z widzenia" :) Piwo to już rzadkość w większym gronie... gdzie te czasy :p Tutaj natomiast jest jedna rodzina. Dzisiaj np. jedna dziewczyna miała urodziny i zebraliśmy się wszyscy na torcik, było "happy birthday", była spora przerwa w pracy, pogadanki na stojąco, bardzo miło i sympatycznie. Przy okazji pierwsza próba nauczenia się Polskiego - 10 minutowe szkolenie z wymowy "cześć" :)

Dostałem też pierwszą pensję, którą skrupulatnie wydaję zgodnie z przeprowadzką. A to nowy dywanik trzeba pod łóżko bo w nowym pokoju nie ma, a to pilot uniwersalny do TV (bo będę miał TV w pokoju :D a z natury leniwcom nie chce się chodzić i przełączać - ten który odziedziczyłem nie ma pilota) itd itd. Ogólnie wszystko obija się o "2 dolar shop" ale tak dolar do dolara i jedziemy :) Myślę, że w weekend powinienem być urządzony.
W związku z pierwszymi dochodami i nowym życiem/trybem życia, postanowiłem zaszaleć. W poniedziałek popełniłem szalony ruch i zakupiłem podkoszulek taki z tworzywa sztucznego z dziurkami, spodnie ortalionowe, bluzę z kapturem i adidasy i wczoraj oto odbyłem swój pierwszy NZ jogging w kóło Panmure Basin. Łącznie z dobiegnięciem do samej zatoki zajęło mi ponad 40 minut biegania. Dzisiaj ledwo się ruszałem i czas na regenerację, ale jutro druga tura :) Może nie tak hardcorowo, ale jakoś żeby formę utrzymać i w wakacje móc bezkarnie wygrzewać brzuch. Chudnięcie to strasznie ciężkie zajęcie ;) przez te 3 miesiące udało mi się dopiero 4-5 kilo a prawie codziennie robiłem brzuszki i pompki i codziennie sam sobie gotowałem (tutaj jedzenie na mieście to w 90% junk food).

Tyle na dzisiaj. Jestem padnięty od przenoszenia rzeczy i pracy, a jutro jeszcze umawiam się o 8 rano w centrum z kolesiem od którego kupiłem przez tutejsze allegro telefon. Mój się już powoli rozpada dosłownie. Bateria trzyma dzień jak dobrze pójdzie, obudowa się rozpada i wyprawia w dodatku dziwne rzeczy. I tak zakupiłem tutejszy w przyzwoitej cenie licytując się do ostatniej chwili :)

Jutro albo pojutrze będzie więcej. Już nawet spisuję sobie co mam wam opowiedzieć, bo codziennie się nie udaje wpisu (za dużo czasu, a czasu mało) a w głowie kupa rzeczy do opowiedzenia :) Więc następny wpis będzie bardzo ciekawy i będzie też trochę o was. Dobranoc!