Jak ma być sensacyjnie to dzisiaj będzie :)
Otóż zostałem oszukany! Jestem ofiarą wielkiego spisku na moją osobę! Julia właśnie dostała wizę. Nie zezwolenie na pracę a wizę pracowniczą! Ale od początku.
Z różnych powodów, dopiero około 16 listopada mogliśmy złożyć papiery na jej zezwolenie na pracę. Oddaliśmy całą teczkę dokumentów i cierpliwie czekamy. Według informacji, sprawa miała zająć tyle samo co moja, czyli około 60 dni. Kilka dni temu przychodzi przesyłka do domu. Julia otwiera i drżącymi rękami przewraca kartki, bo nie może znaleźć nic odróżniającego się od reszty. Dochodzi do ostatniej strony i jest! Wiza pracownicza! Dzwoni do mnie, cieszy się i jest super.
Przychodzę do domu, zaglądam do tej wizy i co? I czuję się oszukany!!! Jeśli ja biedny, dostałem zezwolenie na pracę na 3 lata, które wygasa z momentem przekroczenia granicy (czyli notabene nigdzie nie mogę wyjeżdżać bez pytania immigration), dostałem na jednego pracodawcę na te 3 lata, to kurde powinna dostać coś podobnego nie??? DUPA! Dostała "multiple entry visa", czyli może sobie wyjeżdżać ile chce i gdzie chce, dostała "open visa", czyli może sobie pracować gdzie chce i kiedy chce i przede wszystkim dostała ją w 4 tygodnie!!! No kurde i gdzie tu jest sprawiedliwość?! To ja się męczę z tymi papierami a jej tak łatwo poszło??? Czuję się zazdrosny i uważam, że jestem ofiarą wielkiego spisku w immigration przeciwko mnie! GRRRR!
Z tych nerwów zamieniłem się w potwora :) Tzn, nie dokładnie z nerwów, chociaż to też. Otóż pamiętacie moje opalanie w weekend? Opalałem się jak dziki, nawet się smarując na twarzy, żeby więcej flagi austriackiej nie przypominać. I co? I grrr znów! Posmarowałem całą twarz, tylko nie dokładnie! Efektem tego schodzi mi skóra z twarzy tylko w prawym górnym rogu czoła... Wyglądam co najmniej dziwnie, bo całą twarz mam taką lekko brązową a w prawym górnym rogu przy włosach mam coraz większą białą plamę. Myślicie, że gdybym się pokazał w przedszkolu to dzieci by uciekły?
Dzisiaj za to jest dzień picia i jedzenia. Mamy firmowy iksmas lancz, czyli świąteczne jedzenie i picie po nowozelandzku. Jak to wygląda, opowiem wam zapewne w weekend, bo nie przewiduję, że do jutra wytrzeźwieję na tyle, żeby pracować i jednocześnie mieć wenę twórczą :) W każdym układzie, aby przynieść trochę polskiej tradycji do Nowej Zelandii, przytachałem do pracy wódkę :) I ogórki. Co prawda korniszony, ale lepszy rydz niż nic... O kurcze, a taki rydz marynowany... mmm...
W każdym układzie każdy w firmie już wie, że nie wypuszczę go na lunch świąteczny bez napicia się jednego kielonka po polsku. Bo tutaj nikt nigdy nie słyszał i nie próbował picia wódki czystej! Zobaczymy jakie będą efekty, ale na pewno zabawne :)
Na koniec najnowsze odkrycie, po części za pomocą polskiego kolegi, po części później za pomocą googla. Od wczoraj Polska stała się "troszkę" bliższa.
AAAaaa i jeszcze dowcip z dowcipu! :) Wczoraj w TV na kabarecie nowozelandzkim, koleś opowiedział dowcip:
A wiecie, że Nowa Zelandia, w trakcie II wojny światowej, wypowiedziała jako pierwsza na świecie wojnę Niemcom?
...
Bo jesteśmy 12 godzin do przodu!
Wszyscy się śmiali, tylko jest jeden szkopuł. Kto wie jaki? :)
czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
16 grudnia 2010
14 grudnia 2010
Nędzne życie programisty
Programowanie w firmie, w której nikt się nie zna na tym co robisz, ma ogromną zaletę i ogromną wadę.
Zaletą jest to, że nikt Ci nie przeszkadza i ufa, że cokolwiek zrobisz, zrobisz to najlepiej.
Wadą natomiast to, że jeśli coś się spier... to zawsze jesteś winien, bez względu na okoliczności.
Jakkolwiek praca w Nowej Zelandii więc jest strasznie relaksująca i wyluzowana, tak dzisiaj zaliczyłem pierwszego stresa, spowodowanego tym, że coś się spierniczyło. Otóż, ze względu na nawał przedświątecznej pracy, nie przyłożyłem uwagi do wysyłanych kartek świątecznych klienta. Poniekąd również dlatego, że dostarczyli dane w przedziwnym formacie, z którym pół dnia walczyłem, żeby załadować do bazy danych. Tak czy siak, głowa przemęczona, chwila mniejszego skupienia i bah. Wysłałem do 1/3 ludzi maila bez podpisu, tzn wyszło z domyślnym podpisem, czyli moim. Nie jest to wielka afera, bo ten podpis na tle całego maila jest niewidoczny a i cała kartka jest ok. Ale Ci zauważyli i "trochę" się wkurzyli.
Problem w tym, że potem zaczęły się wynajdowania kolejnych problemów z kapelusza, część taka, która wynika z ich błędu i wszystko zwala się na mnie. No bo przecież przedtem też był błąd serwera, to teraz zapewne też jest błąd serwera.
Ogólnie od dłuższego czasu zauważyłem, że wszystkim bardzo łatwo zwalać winę na "komputery", "serwery" itp. No bo przecież to teoretycznie bezosobowo, a komputery zawsze są winne.
Cóż, dzisiaj na pewno, pomimo bardzo niepewnej pogody, będzie jogging dla odstresowania się :)
Zaletą jest to, że nikt Ci nie przeszkadza i ufa, że cokolwiek zrobisz, zrobisz to najlepiej.
Wadą natomiast to, że jeśli coś się spier... to zawsze jesteś winien, bez względu na okoliczności.
Jakkolwiek praca w Nowej Zelandii więc jest strasznie relaksująca i wyluzowana, tak dzisiaj zaliczyłem pierwszego stresa, spowodowanego tym, że coś się spierniczyło. Otóż, ze względu na nawał przedświątecznej pracy, nie przyłożyłem uwagi do wysyłanych kartek świątecznych klienta. Poniekąd również dlatego, że dostarczyli dane w przedziwnym formacie, z którym pół dnia walczyłem, żeby załadować do bazy danych. Tak czy siak, głowa przemęczona, chwila mniejszego skupienia i bah. Wysłałem do 1/3 ludzi maila bez podpisu, tzn wyszło z domyślnym podpisem, czyli moim. Nie jest to wielka afera, bo ten podpis na tle całego maila jest niewidoczny a i cała kartka jest ok. Ale Ci zauważyli i "trochę" się wkurzyli.
Problem w tym, że potem zaczęły się wynajdowania kolejnych problemów z kapelusza, część taka, która wynika z ich błędu i wszystko zwala się na mnie. No bo przecież przedtem też był błąd serwera, to teraz zapewne też jest błąd serwera.
Ogólnie od dłuższego czasu zauważyłem, że wszystkim bardzo łatwo zwalać winę na "komputery", "serwery" itp. No bo przecież to teoretycznie bezosobowo, a komputery zawsze są winne.
Cóż, dzisiaj na pewno, pomimo bardzo niepewnej pogody, będzie jogging dla odstresowania się :)
13 grudnia 2010
Opalanie szkodzi
Po weekendzie mogę jasno powiedzieć. Opalanie w Nowej Zelandii szkodzi :) Cały swędzę. Nie inaczej, swędzi mnie każdy element ciała. Pewnie powiecie - sam sobie winien. Otóż nie! Zjarałem się jak jajko sadzone, smarując się kremem 30! Dobrze, przyznam się, że może niedokładnie się spryskałem, ale mimo wszystko się spryskałem. Niestety nasze Polskie słoneczko to przy tym jest farelką ;)
Dodatkowo muszę powiedzieć, że opalanie w Nowej Zelandii po prostu boli! I to nie jest śmieszne. Nawet posmarowany kremem wystawiasz się na słońce i skóra po chwili pobytu na świetle zaczyna szczypać. Ja wiem, że mieszkam dokładnie pod dziurą ozonową, ale bez przesady! Nie mieszkam w piekarniku! A przynajmniej tak myślałem.
I tak jestem brązowo/biało/czerwony. Brązowe to stare, czerwone to świeże, białe to plamki bo grubszej warstwie kremu, ewentualnie po spodenkach.
Zastanawiam się również, czy można zmienić karnację? No bo pomyślmy sobie, że zamieszkuję w Australii, gdzie słońce świeci ogromną większość w ciągu roku. Osobiście opalam się ładnie na brązowo, ale jak długo nie wychodzę na pole (sorry Warszawiacy, NA POLE! :) ) czytaj w zimie, to robię się biały. No ale zakładamy, że zamieszkuję Australię, opalam się na brązowo i utrzymuję tą opaleniznę cały rok. I tak dajmy na to przez 5 lat. Czy jak wyjadę z powrotem do Polski i będzie zima to zrobię się biały? Pytanie za 100 punktów :)
A i ciekawostka! Z rozmów w pracy - jak działa opalenizna :) Możecie przeczytać sobie na Wikipedii, natomiast ciekawostka, która mnie zafascynowała to taka, że prawdziwa opalenizna wychodzi dopiero po 72 godzinach. Do tego czasu ma się opaleniznę "tymczasową" :) polegającą na uszkodzeniu komórek przez słońce.
Jak już wiecie weekend minął na opalaniu. I na grillu. Byliśmy z naszymi znajomymi na grillu. Oczywiście super imprezka, oczywiście kupa jedzonka i świetna atmosfera. Natomiast chciałem wam opowiedzieć o ciekawej grze. Graliśmy w grę (podobno szwajcarska), polegającą na strącaniu patykami inne patyki :) Brzmi to prześmiesznie i wierzcie mi, jak mi tłumaczyli zasady, też nie mogłem się nadziwić jak można w to grać. A jednak grałem, wciąga cholernie i zagrałbym jeszcze :)
Wygląda to tak, że układa się 6 klocków po swojej stronie a przeciwnik ustawia 6 klocków po swojej. W ręce mamy 6 około 30cm grubych patyków, którymi rzucamy do klocków, żeby je przewrócić. Te które przewrócimy, przeciwnik rzuca na naszą stronę i musi sam przewrócić, zanim zacznie zbijać moje klocki. Potem ja muszę przerzucić wszystkie przewrócone na jego stronę, potem... Wygląda to skomplikowanie ale w rzeczywistości nie jest. Jest bardzo zabawnie i świetnie nadaje się do gry w grupie (2 vs 2). Jak się tylko dowiem jak to się nazywa, to wam powiem.
Na koniec dowcip tygodnia :) Dzwonię do cioci i wujka (pozdrowienia) i pytam czy głosowali w wyborach na prezydenta Krakowa. Powiedzieli, że tak. Pytam na kogo? Odpowiadają "na Majchrowskiego". Pytam dlaczego akurat na niego? "A bo jeden drugiego wart. Majchrowski co się miał nakraść, to nakradł. Przyjdzie nowy i zacznie kraść na nowo, więc Majchrowski to mniejsze zło" :) Coś w tym jest, tylko dlaczego ta historia nie ma końca, ktokolwiek byłby na liście wyborczej?
Dodatkowo muszę powiedzieć, że opalanie w Nowej Zelandii po prostu boli! I to nie jest śmieszne. Nawet posmarowany kremem wystawiasz się na słońce i skóra po chwili pobytu na świetle zaczyna szczypać. Ja wiem, że mieszkam dokładnie pod dziurą ozonową, ale bez przesady! Nie mieszkam w piekarniku! A przynajmniej tak myślałem.
I tak jestem brązowo/biało/czerwony. Brązowe to stare, czerwone to świeże, białe to plamki bo grubszej warstwie kremu, ewentualnie po spodenkach.
Zastanawiam się również, czy można zmienić karnację? No bo pomyślmy sobie, że zamieszkuję w Australii, gdzie słońce świeci ogromną większość w ciągu roku. Osobiście opalam się ładnie na brązowo, ale jak długo nie wychodzę na pole (sorry Warszawiacy, NA POLE! :) ) czytaj w zimie, to robię się biały. No ale zakładamy, że zamieszkuję Australię, opalam się na brązowo i utrzymuję tą opaleniznę cały rok. I tak dajmy na to przez 5 lat. Czy jak wyjadę z powrotem do Polski i będzie zima to zrobię się biały? Pytanie za 100 punktów :)
A i ciekawostka! Z rozmów w pracy - jak działa opalenizna :) Możecie przeczytać sobie na Wikipedii, natomiast ciekawostka, która mnie zafascynowała to taka, że prawdziwa opalenizna wychodzi dopiero po 72 godzinach. Do tego czasu ma się opaleniznę "tymczasową" :) polegającą na uszkodzeniu komórek przez słońce.
Jak już wiecie weekend minął na opalaniu. I na grillu. Byliśmy z naszymi znajomymi na grillu. Oczywiście super imprezka, oczywiście kupa jedzonka i świetna atmosfera. Natomiast chciałem wam opowiedzieć o ciekawej grze. Graliśmy w grę (podobno szwajcarska), polegającą na strącaniu patykami inne patyki :) Brzmi to prześmiesznie i wierzcie mi, jak mi tłumaczyli zasady, też nie mogłem się nadziwić jak można w to grać. A jednak grałem, wciąga cholernie i zagrałbym jeszcze :)
Wygląda to tak, że układa się 6 klocków po swojej stronie a przeciwnik ustawia 6 klocków po swojej. W ręce mamy 6 około 30cm grubych patyków, którymi rzucamy do klocków, żeby je przewrócić. Te które przewrócimy, przeciwnik rzuca na naszą stronę i musi sam przewrócić, zanim zacznie zbijać moje klocki. Potem ja muszę przerzucić wszystkie przewrócone na jego stronę, potem... Wygląda to skomplikowanie ale w rzeczywistości nie jest. Jest bardzo zabawnie i świetnie nadaje się do gry w grupie (2 vs 2). Jak się tylko dowiem jak to się nazywa, to wam powiem.
Na koniec dowcip tygodnia :) Dzwonię do cioci i wujka (pozdrowienia) i pytam czy głosowali w wyborach na prezydenta Krakowa. Powiedzieli, że tak. Pytam na kogo? Odpowiadają "na Majchrowskiego". Pytam dlaczego akurat na niego? "A bo jeden drugiego wart. Majchrowski co się miał nakraść, to nakradł. Przyjdzie nowy i zacznie kraść na nowo, więc Majchrowski to mniejsze zło" :) Coś w tym jest, tylko dlaczego ta historia nie ma końca, ktokolwiek byłby na liście wyborczej?
Kontrowersyjnie
Dziś podburzymy tłumy, bo będę wyrażał swoje bardzo kontrowersyjne zdanie :)
Czytam dużo o tym kolesiu z Wikileaks. Nawet nie wiem jak on się nazywa i nie bardzo mnie to interesuje. Pytanie - czy ten człowiek robi dobrze?
No bo tak. Niby internet to otwarte medium i wolno wyrażać dowolne zdanie na dowolny temat. Internet nie ma ograniczeń i nikogo (teoretycznie) nie da się zablokować. I znajduje się taki jeden człek, który umieszcza tam tajne informacje wyciekające głównie z rządu amerykańskiego.
Zamieszcza on na tych swoich stronach przeróżne notki dyplomatyczne. Podobno wszystkie z dopiskiem tajne, ale żadna z dopiskiem ściśle tajne. Część z nich zawiera tylko głupie określenia na innych rządzących, część mniejsze lub większe kontrowersje. I tu oficjalnie orzekam: mam to w d. jak kto kogo nazywa i jak się o kim wyraża.
Problem w tym, że w tych samych notkach jest lista strategicznych celów USA, które to stany zjednoczone uważają za kluczowe w bezpieczeństwie swojego kraju. Ja bym dodał, (po liście wymienionych), że jest to lista celów kluczowych dla bezpieczeństwa większości świata. I teraz ujawniając taką listę, zaznaczamy krzyżyki na mapie terrorystom. Bo co im więcej potrzeba? Materiałów wybuchowych zapewne mają dużo a mając tak ogromną listę są w stanie uderzyć gdzie chcą.
Przesadzam? Może, ale zapewne z niejednego się śmiano, kiedy ostrzegał przed atakami 11 września. Nie chcę prorokować ani złowieszczyć, ale ten człowiek z Wikileaks po prostu przekroczył pewną granicę, która powoduje, że następni po nim nie będą mieli skrupułów. I dlatego moim zdaniem człowiek ten powinien zostać ukarany. Jak? Przykładnie, na równi z osądzaniem szpiegów w USA, w co wlicza się dożywocie.
Drastycznie? Nie! Bo taki koleś będzie chodził sobie po świecie i zachęcał do przecieków coraz więcej żołnierzy. A wiemy, że w wojsku zawsze znajdzie się czarna owca, która dla sławy i (nie oszukujmy się) pieniędzy dorzuci parę notatek. I co jeśli w jednej z nich będzie lokalizacja amerykańskich instalacji nuklearnych? A co jeśli w jednej z nich będzie ujawniony plan ataku na Koreę Północną na dzień przed atakiem? Dla mnie taki portal jak Wikileaks powinien zostać międzynarodowo zakazany i potępiony na równi ze stronami pedofilskimi. I możecie krzyczeć w komentarzach, wstawiać się za tym kolesiem, ale dla mnie (kontrowersyjnie) jest on psycholem zagrażającym światu.
Czytam dużo o tym kolesiu z Wikileaks. Nawet nie wiem jak on się nazywa i nie bardzo mnie to interesuje. Pytanie - czy ten człowiek robi dobrze?
No bo tak. Niby internet to otwarte medium i wolno wyrażać dowolne zdanie na dowolny temat. Internet nie ma ograniczeń i nikogo (teoretycznie) nie da się zablokować. I znajduje się taki jeden człek, który umieszcza tam tajne informacje wyciekające głównie z rządu amerykańskiego.
Zamieszcza on na tych swoich stronach przeróżne notki dyplomatyczne. Podobno wszystkie z dopiskiem tajne, ale żadna z dopiskiem ściśle tajne. Część z nich zawiera tylko głupie określenia na innych rządzących, część mniejsze lub większe kontrowersje. I tu oficjalnie orzekam: mam to w d. jak kto kogo nazywa i jak się o kim wyraża.
Problem w tym, że w tych samych notkach jest lista strategicznych celów USA, które to stany zjednoczone uważają za kluczowe w bezpieczeństwie swojego kraju. Ja bym dodał, (po liście wymienionych), że jest to lista celów kluczowych dla bezpieczeństwa większości świata. I teraz ujawniając taką listę, zaznaczamy krzyżyki na mapie terrorystom. Bo co im więcej potrzeba? Materiałów wybuchowych zapewne mają dużo a mając tak ogromną listę są w stanie uderzyć gdzie chcą.
Przesadzam? Może, ale zapewne z niejednego się śmiano, kiedy ostrzegał przed atakami 11 września. Nie chcę prorokować ani złowieszczyć, ale ten człowiek z Wikileaks po prostu przekroczył pewną granicę, która powoduje, że następni po nim nie będą mieli skrupułów. I dlatego moim zdaniem człowiek ten powinien zostać ukarany. Jak? Przykładnie, na równi z osądzaniem szpiegów w USA, w co wlicza się dożywocie.
Drastycznie? Nie! Bo taki koleś będzie chodził sobie po świecie i zachęcał do przecieków coraz więcej żołnierzy. A wiemy, że w wojsku zawsze znajdzie się czarna owca, która dla sławy i (nie oszukujmy się) pieniędzy dorzuci parę notatek. I co jeśli w jednej z nich będzie lokalizacja amerykańskich instalacji nuklearnych? A co jeśli w jednej z nich będzie ujawniony plan ataku na Koreę Północną na dzień przed atakiem? Dla mnie taki portal jak Wikileaks powinien zostać międzynarodowo zakazany i potępiony na równi ze stronami pedofilskimi. I możecie krzyczeć w komentarzach, wstawiać się za tym kolesiem, ale dla mnie (kontrowersyjnie) jest on psycholem zagrażającym światu.
7 grudnia 2010
Idą święta, więc będzie bałagan we wpisie
Chociaż w ogóle tego nie widać. Że idą święta oczywiście! Wchodzę na Facebooka a tam co drugi komentarz "zasypało mnie", albo "tkwię w korku bo pługi nie nadążają". A u mnie obecnie jest prawie 25 stopni. Ciekawe doświadczenie. Na pewno będzie brakowało 2 rzeczy - śniegu oraz pierwszej gwiazdki! No tak, przecież mamy środek lata, więc wigilijnej kolacji raczej nie będziemy zaczynali o 11 w nocy, żeby tą pierwszą gwiazdkę dojrzeć :)
W każdym układzie dzisiaj poleciała dawka kartek świątecznych. Zapewne gdyby poczta Nowozelandzka sprzedawała wysyłki kartek na wagę, było by taniej. Niestety te kilkanaście (czy nawet kilkadziesiąt?! przyznam, że nie ja wysyłałem, więc nie wiem ile dokładnie ich było) trzeba było wysłać jedna po drugiej. Trzeba było je też wszystkie napisać. Zabawne, że w Polsce jakoś ciężko mi przychodziło wysyłanie kartek z jakiejkolwiek okazji.
Dzisiaj przy tej okazji kilka ciekawostek. W przeciwieństwie do naszych świąt tutaj (co oczywiste) wyprzedaże dotyczą wszelkiego sprzętu letniego. I tak zapewne w najbliższym czasie zakupimy na promocji namiot na zbliżającą się wycieczkę noworoczną i kilka przydatnych akcesoriów. Z ciekawostek cenowych warto również dodać, że chleb warto kupować wieczorami. Nowozelandczycy zapewne wyjeżdżają o 6 rano do sklepu po śniadanie (już to widzę LOL!) i kupują świeży chleb, bo inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tej zależności. Otóż chleb ok 6 wieczorem można kupić za połowę taniej niż rano. Ale tylko ten nie foliowany. Tamten uznajemy za wiecznie świeży, bo przecież w folii prawda?
Chwaliłem się też, że dostałem pierwszy Nowozelandzki mandat. Ci co mnie znają zapewne się nie dziwią, bo należę do tych szurniętych ludzi, którzy są chorzy jak sobie nie docisną. No i nie mam samochodu, a mam już mandat za przekroczenie... uwaga... 8km/h! Zostałem sfotografowany przy szalonej prędkości 58km/h jadąc campervanem przez miasto. Dostałem również szalony mandat w wysokości 30$ - to mniej niż w Polsce wynosi najniższy mandat...
Ogólnie przepisy tutaj są szurnięte. Nie wiem czy wam mówiłem, ale jest tutaj taki przepis (pamiętajcie, że jeździmy po drugiej stronie), że skręcający w prawo mają pierwszeństwo przed tymi skręcającymi w lewo. Jest to zupełnie bez sensu i z tego co sami Nowozelandczycy mówią, to jest jedyny kraj na świecie z takim przepisem. Po co? Niby nie blokujesz ruchu jak Cię przepuści ten, którego pas przecinasz, ale z drugiej strony to tamten blokuje ruch, więc gdzie sens i logika?
I jeszcze ponarzekam na ruch pieszy. Ja wiem, że Nowozelandczycy strasznie lubują się w jeździe samochodem i są chorzy jak muszą pójść do sklepu na nogach 50m (szczerze powiedziawszy nie poznałem tu jeszcze takiego człowieka, który by tyle przeszedł do sklepu!). Wiem też, że wszystkie przepisy są skierowane przeciw ruchowi pieszemu (np światło zielone dla pieszych które pali się około 2-3 sekund). Ale ostatnio wszystko przekroczyło swoje granice, kiedy w Henderson wyszedłem ze stacji i na pasach mam ogromny znak "pieszy! przepuść ruch samochodowy!". Wyobrażacie sobie? Jeśli wcześniejsze uwagi można nazwać szczytem, to to nawet nie jest szczyt szczytów, to jest kosmos! No i Nowa Zelandia to ten kraj, który dba o środowisko tak? Jaaaasne...
Złośliwość pogody nie pozwoliła nigdzie się ruszyć w weekend, więc podróżniczych wpisów nie będzie tymczasowo, chociaż ciągle gryzie mnie sumienie, że nie dokończyłem nigdy tego wpisu o 5 dniowej wycieczce. Kiedyś to zrobię i mnie rozgrzeszycie na pewno prawda? Są za to zdjęcia z nowego aparatu testujące możliwości, bo był czas i były okoliczności. Więc sobie poklikałem kilka roślinek. Muszę przyznać, że całkiem niezłe te zdjęcia wyszły. To jeszcze nie to co lustrzanka z filmem (tak, tak jestem psychopatycznym tradycjonalistą fotograficznym), ale jakość powoli się zbliża.
Na koniec POZDROWIENIA DLA POLSKICH URZĘDNIKÓW! A szczególnie jednej urzędniczki w Skale (woj. małopolskie). Otóż szanowna pani (jak to urzędnicy Polscy), mądrzejsza od notariusza, nie uznaje "pełnego pełnomocnictwa" jakie ma mój tata na mnie i postanowiła, że mnie nie wymelduje z kraju. Tak więc ciałem jestem w Nowej Zelandii, jednak papierkowo mieszkam wciąż w Polsce. Kocham takie biurwy. Jeszcze dodała "może jakąś pieczątkę od pracodawcy w Nowej Zelandii, to wymeldujemy". Tylko ja się pytam w firmie a moja księgowa na to "a po co mi pieczątka? U nas w firmie nie ma pieczątek". No i ma rację, bo co to za zaświadczenie "pieczątka"? Mogłem sobie ziemniakiem przybić... Cóż, czekamy na wynik odwołania do starosty i na pewno poinformuję was o postępie!
W każdym układzie dzisiaj poleciała dawka kartek świątecznych. Zapewne gdyby poczta Nowozelandzka sprzedawała wysyłki kartek na wagę, było by taniej. Niestety te kilkanaście (czy nawet kilkadziesiąt?! przyznam, że nie ja wysyłałem, więc nie wiem ile dokładnie ich było) trzeba było wysłać jedna po drugiej. Trzeba było je też wszystkie napisać. Zabawne, że w Polsce jakoś ciężko mi przychodziło wysyłanie kartek z jakiejkolwiek okazji.
Dzisiaj przy tej okazji kilka ciekawostek. W przeciwieństwie do naszych świąt tutaj (co oczywiste) wyprzedaże dotyczą wszelkiego sprzętu letniego. I tak zapewne w najbliższym czasie zakupimy na promocji namiot na zbliżającą się wycieczkę noworoczną i kilka przydatnych akcesoriów. Z ciekawostek cenowych warto również dodać, że chleb warto kupować wieczorami. Nowozelandczycy zapewne wyjeżdżają o 6 rano do sklepu po śniadanie (już to widzę LOL!) i kupują świeży chleb, bo inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tej zależności. Otóż chleb ok 6 wieczorem można kupić za połowę taniej niż rano. Ale tylko ten nie foliowany. Tamten uznajemy za wiecznie świeży, bo przecież w folii prawda?
Chwaliłem się też, że dostałem pierwszy Nowozelandzki mandat. Ci co mnie znają zapewne się nie dziwią, bo należę do tych szurniętych ludzi, którzy są chorzy jak sobie nie docisną. No i nie mam samochodu, a mam już mandat za przekroczenie... uwaga... 8km/h! Zostałem sfotografowany przy szalonej prędkości 58km/h jadąc campervanem przez miasto. Dostałem również szalony mandat w wysokości 30$ - to mniej niż w Polsce wynosi najniższy mandat...
Ogólnie przepisy tutaj są szurnięte. Nie wiem czy wam mówiłem, ale jest tutaj taki przepis (pamiętajcie, że jeździmy po drugiej stronie), że skręcający w prawo mają pierwszeństwo przed tymi skręcającymi w lewo. Jest to zupełnie bez sensu i z tego co sami Nowozelandczycy mówią, to jest jedyny kraj na świecie z takim przepisem. Po co? Niby nie blokujesz ruchu jak Cię przepuści ten, którego pas przecinasz, ale z drugiej strony to tamten blokuje ruch, więc gdzie sens i logika?
I jeszcze ponarzekam na ruch pieszy. Ja wiem, że Nowozelandczycy strasznie lubują się w jeździe samochodem i są chorzy jak muszą pójść do sklepu na nogach 50m (szczerze powiedziawszy nie poznałem tu jeszcze takiego człowieka, który by tyle przeszedł do sklepu!). Wiem też, że wszystkie przepisy są skierowane przeciw ruchowi pieszemu (np światło zielone dla pieszych które pali się około 2-3 sekund). Ale ostatnio wszystko przekroczyło swoje granice, kiedy w Henderson wyszedłem ze stacji i na pasach mam ogromny znak "pieszy! przepuść ruch samochodowy!". Wyobrażacie sobie? Jeśli wcześniejsze uwagi można nazwać szczytem, to to nawet nie jest szczyt szczytów, to jest kosmos! No i Nowa Zelandia to ten kraj, który dba o środowisko tak? Jaaaasne...
Złośliwość pogody nie pozwoliła nigdzie się ruszyć w weekend, więc podróżniczych wpisów nie będzie tymczasowo, chociaż ciągle gryzie mnie sumienie, że nie dokończyłem nigdy tego wpisu o 5 dniowej wycieczce. Kiedyś to zrobię i mnie rozgrzeszycie na pewno prawda? Są za to zdjęcia z nowego aparatu testujące możliwości, bo był czas i były okoliczności. Więc sobie poklikałem kilka roślinek. Muszę przyznać, że całkiem niezłe te zdjęcia wyszły. To jeszcze nie to co lustrzanka z filmem (tak, tak jestem psychopatycznym tradycjonalistą fotograficznym), ale jakość powoli się zbliża.
Na koniec POZDROWIENIA DLA POLSKICH URZĘDNIKÓW! A szczególnie jednej urzędniczki w Skale (woj. małopolskie). Otóż szanowna pani (jak to urzędnicy Polscy), mądrzejsza od notariusza, nie uznaje "pełnego pełnomocnictwa" jakie ma mój tata na mnie i postanowiła, że mnie nie wymelduje z kraju. Tak więc ciałem jestem w Nowej Zelandii, jednak papierkowo mieszkam wciąż w Polsce. Kocham takie biurwy. Jeszcze dodała "może jakąś pieczątkę od pracodawcy w Nowej Zelandii, to wymeldujemy". Tylko ja się pytam w firmie a moja księgowa na to "a po co mi pieczątka? U nas w firmie nie ma pieczątek". No i ma rację, bo co to za zaświadczenie "pieczątka"? Mogłem sobie ziemniakiem przybić... Cóż, czekamy na wynik odwołania do starosty i na pewno poinformuję was o postępie!
4 grudnia 2010
Odpowiadamy cd.
Pytanie
Czy od maja sie zmienilo? Jesli chodzi o pracodawcow, to nie sadze. Jesli chodzi o mnie? Powoli zaczynam wtapiac sie w klimat. Powoli zaczynam czuc sie u siebie. Zaczynam miec podstawowe zyciowe dylematy, jaki kupic samochod, jak poklucic sie z serwisem, zeby mi naprawil skuter i oddal, jak zaplacic mandat za przekroczenie predkosci... Czy dalej w rozowych barwach? Mysle ze tak. To znaczy mnie osobiscie nie zaskakuje zycie na "zachodzie", poniewaz juz kilka razy zaliczylem wakacyjne wypady do Francji. I od dawna ciagnelo mnie gdziekolwiek poza nasza szara rzeczywistosc. Do tego czasu jednak przesiedzialem troche w Polskich (ha! z duzej, zauwazyliscie ;) ) firmach, wiec mam porownanie. W Polsce jest typowy wyscig szczurow, byle po trupach na szczyt piramidy. Tutaj? Tutaj zycie i praca jest spokojna. Jesli pociag sie spozni 20 minut to ja kurwuje i krew naplywa mi do glowy zeby tylko kogos opie**lic. Tutaj? Wszyscy spokojnie czekaja i jak te zolwie wchodza do opoznionego juz pociagu. Nowa Zelandia jest krajem wyluzowanych ludzi, czasem mam wrazenie, ze zbyt wyluzowanych. W Australii kiedys krazyl w gazecie dowcip:
-Co potrzeba, zeby podbic Nowa Zelandie?
-Wystarczy gang motocyklistow z Sydney!
Cos w tym jest. Ludzie sa przyjazni i zyja na codzien, jakby codziennie byly dla nich wakacje. Po 3 miesiacach pracy wiaz jest mi ciezko sie przestawic, ze np ktos przyjdzie do mnie do biurka, siadzie na mojej "nowej" kanapie, ktora sobie zorganizowalem, i bedzie pitolil o niczym przez godzine! Poprostu przyjdzie sobie pogadac w trakcie pracy! Albo ze wyciagamy piwko i pijemy w pracy w piatek popoludniu. Obawiam sie, ze gdybym mial sie przestawic znow na Polski stres, to moglbym tego psychicznie nie wytrzymac. Ale z drugiej strony czegos w tym brakuje. Takich emocji, takiego lekkiego cisnienia w pracy. No bo za luzno, to robi sie zbyt nudno prawda?
Poza praca? Zycie jak w kazdym innym kraju. Ludzie sa przyjazni, ale nie oszukujmy sie, sa zlodzieje mieszkan, kradna samochody, oszukuja w serwisach chinskich. Kraj jak kazdy inny. Ma plusy i minusy. Ogromny plus? Pieknie! Za 15 minut moge byc na przeslicznej plazy a za 2h jazdy samochodem w gorach pokrytych sniegiem, czy za godzine lotu na lodowcu (na poludniowej wyspie). Minusy? Wszedzie daleko! Zapomnij o swietach z rodzina, czy wypadow do Europy. Najkrotszy lot to 28h (z przesiadka) w jedna strone. I to do Rzymu lub Londynu. Stamtad jeszcze trzeba do siebie.
Szukanie pracy pracy - owszem, pisze ze mozna przez skype. I ja osobiscie szukalem pracy zanim tu przyjechalem, ale sprowadzalo sie do tego, ze dostawalem odpowiedzi "nie ma Cie tutaj? to daj znac jak bedziesz". Rozmowy przez skype, owszem sa. Odbylem ich sporo. Sek w tym, ze to byl zawsze pierwszy etap. Po pierwszym ZAWSZE jest drugi, juz osobiscie, ktory rowniez nie gwarantuje Ci pracy. Bo zanim zaczalem jeszcze rozmawiac na skype, wczesniej dostawalem pytania "a czy jestes w stanie przyjechac na drugi etap do Christchurch/Wellington/Dunedin...?". Tak wiec szanse znalezienia pracy na odleglosc ocenial bym w dziesiatych czesciach promila. Wyjatkiem oczywiscie jest przeniesienie od obecnego pracodawcy, co jest najprostszym sposobem na znalezienie pracy tutaj, bardzo czesto praktykowanym, ze wzgledu na to, ze Nowa Zelandia ma deficyt specjalistow i sciaga ich z calego swiata, gdzie sie gorzej zarabia. Jednoczesnie Nowa Zelandia to kraj, w ktorym jak na warunki zachodnie zarabia sie poprostu malo.
Znajomosc jezyka? IELTS jest obowiazkowy do Skilled Migrant Visa, czyli wizy rezydenckiej dla uzdolnionych ludzi. Dla pozostalych nie jest wymagana zadna znajomosc angielskiego. W immigration spotykalem chinczykow, ktorzy nie mowili slowa po angielsku i przyprowadzali sobie tlumacza, ktory im tlumaczyl rozmowe z oficerem migracyjnym. Sek w tym, zeby pracodawca Cie rozumial i zeby satysfakcjonowal go Twoj poziom komunikacji. Natomiast nie ukrywam, ze Ci chinczycy to dla mnie zenada i gdyby przyjechal tu polak z calkowitym brakiem znajomosci angielskiego i szukal pracy - bylo by mi poprostu wstyd!
Czy od maja coś się zmieniło? :) Cały czas jesteś pozytywnie nastawiony i wszystko widzisz w różowych kolorach? ;)
Z jednej strony piszesz że bardzo ciężko znaleźć prace z Polski a z drugiej strony piszesz, że czasem pierwszy kontakt z pracodawcą odbywa się poprzez skype. Nie próbowałeś szukać pracy już z PL? Rozumiem że przed zatrudnieniem pracodawca chciałby z Tobą porozmawiać w realu ale na podstawie rozmowy przez skype też można ocenić potencjalnego pracownika.
Czy rzeczywiście trzeba mieć IELTS? Nie wystarczy, że ktoś mówi na tyle dobrze, że potrafi się bez problemów porozumieć w tym języku?
Czy od maja sie zmienilo? Jesli chodzi o pracodawcow, to nie sadze. Jesli chodzi o mnie? Powoli zaczynam wtapiac sie w klimat. Powoli zaczynam czuc sie u siebie. Zaczynam miec podstawowe zyciowe dylematy, jaki kupic samochod, jak poklucic sie z serwisem, zeby mi naprawil skuter i oddal, jak zaplacic mandat za przekroczenie predkosci... Czy dalej w rozowych barwach? Mysle ze tak. To znaczy mnie osobiscie nie zaskakuje zycie na "zachodzie", poniewaz juz kilka razy zaliczylem wakacyjne wypady do Francji. I od dawna ciagnelo mnie gdziekolwiek poza nasza szara rzeczywistosc. Do tego czasu jednak przesiedzialem troche w Polskich (ha! z duzej, zauwazyliscie ;) ) firmach, wiec mam porownanie. W Polsce jest typowy wyscig szczurow, byle po trupach na szczyt piramidy. Tutaj? Tutaj zycie i praca jest spokojna. Jesli pociag sie spozni 20 minut to ja kurwuje i krew naplywa mi do glowy zeby tylko kogos opie**lic. Tutaj? Wszyscy spokojnie czekaja i jak te zolwie wchodza do opoznionego juz pociagu. Nowa Zelandia jest krajem wyluzowanych ludzi, czasem mam wrazenie, ze zbyt wyluzowanych. W Australii kiedys krazyl w gazecie dowcip:
-Co potrzeba, zeby podbic Nowa Zelandie?
-Wystarczy gang motocyklistow z Sydney!
Cos w tym jest. Ludzie sa przyjazni i zyja na codzien, jakby codziennie byly dla nich wakacje. Po 3 miesiacach pracy wiaz jest mi ciezko sie przestawic, ze np ktos przyjdzie do mnie do biurka, siadzie na mojej "nowej" kanapie, ktora sobie zorganizowalem, i bedzie pitolil o niczym przez godzine! Poprostu przyjdzie sobie pogadac w trakcie pracy! Albo ze wyciagamy piwko i pijemy w pracy w piatek popoludniu. Obawiam sie, ze gdybym mial sie przestawic znow na Polski stres, to moglbym tego psychicznie nie wytrzymac. Ale z drugiej strony czegos w tym brakuje. Takich emocji, takiego lekkiego cisnienia w pracy. No bo za luzno, to robi sie zbyt nudno prawda?
Poza praca? Zycie jak w kazdym innym kraju. Ludzie sa przyjazni, ale nie oszukujmy sie, sa zlodzieje mieszkan, kradna samochody, oszukuja w serwisach chinskich. Kraj jak kazdy inny. Ma plusy i minusy. Ogromny plus? Pieknie! Za 15 minut moge byc na przeslicznej plazy a za 2h jazdy samochodem w gorach pokrytych sniegiem, czy za godzine lotu na lodowcu (na poludniowej wyspie). Minusy? Wszedzie daleko! Zapomnij o swietach z rodzina, czy wypadow do Europy. Najkrotszy lot to 28h (z przesiadka) w jedna strone. I to do Rzymu lub Londynu. Stamtad jeszcze trzeba do siebie.
Szukanie pracy pracy - owszem, pisze ze mozna przez skype. I ja osobiscie szukalem pracy zanim tu przyjechalem, ale sprowadzalo sie do tego, ze dostawalem odpowiedzi "nie ma Cie tutaj? to daj znac jak bedziesz". Rozmowy przez skype, owszem sa. Odbylem ich sporo. Sek w tym, ze to byl zawsze pierwszy etap. Po pierwszym ZAWSZE jest drugi, juz osobiscie, ktory rowniez nie gwarantuje Ci pracy. Bo zanim zaczalem jeszcze rozmawiac na skype, wczesniej dostawalem pytania "a czy jestes w stanie przyjechac na drugi etap do Christchurch/Wellington/Dunedin...?". Tak wiec szanse znalezienia pracy na odleglosc ocenial bym w dziesiatych czesciach promila. Wyjatkiem oczywiscie jest przeniesienie od obecnego pracodawcy, co jest najprostszym sposobem na znalezienie pracy tutaj, bardzo czesto praktykowanym, ze wzgledu na to, ze Nowa Zelandia ma deficyt specjalistow i sciaga ich z calego swiata, gdzie sie gorzej zarabia. Jednoczesnie Nowa Zelandia to kraj, w ktorym jak na warunki zachodnie zarabia sie poprostu malo.
Znajomosc jezyka? IELTS jest obowiazkowy do Skilled Migrant Visa, czyli wizy rezydenckiej dla uzdolnionych ludzi. Dla pozostalych nie jest wymagana zadna znajomosc angielskiego. W immigration spotykalem chinczykow, ktorzy nie mowili slowa po angielsku i przyprowadzali sobie tlumacza, ktory im tlumaczyl rozmowe z oficerem migracyjnym. Sek w tym, zeby pracodawca Cie rozumial i zeby satysfakcjonowal go Twoj poziom komunikacji. Natomiast nie ukrywam, ze Ci chinczycy to dla mnie zenada i gdyby przyjechal tu polak z calkowitym brakiem znajomosci angielskiego i szukal pracy - bylo by mi poprostu wstyd!
3 grudnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)