No więc jesteśmy oficjalnie przeprowadzeni :) Dostaliśmy kilka papierków z zasadami jakie dotyczą w wieżowcu. Dowiedzieliśmy się również, że wieżowiec ma 30 pięter (my mieszkamy na 8, że wczoraj ktoś próbował skakać z 21 piętra i ściągała go policja, że przy tylu mieszkaniach zawsze znajdzie się kilku wariatów i mieli już prostytutki, narkomanów i właśnie samobójców. Krótko mówiąc, witamy w centrum Auckland!
Przeprowadzając się do samego centrum centrum, baliśmy się że będzie problem ze sklepami. Jeszcze pełnego rozpoznania nie zrobiliśmy, jednak wygląda na to, że w zasięgu 500 metrów jest Countdown, Warehouse i chiński supermarket, czyli zasadniczo wszystko co mieliśmy poprzednio.
Do nowego mieszkania nie mamy kluczy a karty. W końcu to budynek hotelowy, więc wchodzimy do budynku na kartę, wciskamy piętro w windzie na kartę oraz otwieramy drzwi na kartę. Ciekawe co łatwiej zgubić, kartę wielkości karty kredytowej czy stare poczciwe klucze :)
Przy okazji muszę się poskarżyć! Na was również :) Zauważyłem pewną zależność i zapewne potwierdzi to wielu emigrantów. Otóż Polacy są strasznymi hipokrytami i złośliwcami! Bo oto wyjeżdżającemu człowiekowi daje się dużo mniejsze pole manewru do popełniania błędów w języku polskim niż polakowi w Polsce. "A bo mieszkasz już pół roku w Nowej Zelandii to zapomniałeś Polskiego tak?", "A bo już stałeś się taki ważny", "A bo już nie pamiętasz skąd pochodzisz". Tymczasem jeśli polski polak popełni błąd w wymowie to "Przejęzyczyłem się! Każdemu się zdarza!", jeśli nie może przypomnieć sobie skomplikowanego słowa to "no bo jak często używasz słowa rozgardiasz?". Polacy i ta ich wybiórcza polskość...
Dzisiaj popołudniu kolejny etap zwiedzania miasta. Przez pół roku miasto przechodziłem chyba już wzdłuż i wszerz. Teraz jednak patrzy się na nie inaczej. Na miasto w którym się mieszka, na użyteczne punkty, ciekawe sklepy, tanie owoce i knajpki. Bo nawiasem mówiąc nie wiem czy już narzekałem (jak każdy Nowozelandczyk), że owoce są tu kosmicznie drogie! Pomimo, że źródło, czyli sama NZ, wyspy pacyfiku oraz Australia są na wyciągnięcie ręki. Prawo popytu jednak robi swoje i mały rynek nie ma nic do powiedzenia.
Trzeba kupić kilka podstawowych rzeczy, na które pozwala budżet, między innymi jakiś garnek, patelnię, jakieś sztućce przyrządy kuchenne itd :) W dalszej kolejności czajnik, toster... Krótko mówiąc zaczynamy wszystko od zera. Jak będę kupował telewizor plazmowy i kino domowe do niego, pochwalę się, bo będzie to oznaczało, że meblowanie mieszkania zostało zakończone ;) (mam nadzieję, że będzie to przed 2012 bo podobno ma być koniec świata hehe!)
czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
7 stycznia 2011
6 stycznia 2011
Auckland wymarło - dobry czas na przeprowadzkę
Święta mają to do siebie w Nowej Zelandii, że wszyscy wyjeżdżają. Nowa Zelandia zaś ma to do siebie, że wyjeżdżać nie da się nigdzie indziej, niż na wioskę/plażę/łąkę - ogólnie przyrodę. 3 największe miasta Nowej Zelandii, w których mieszka prawie 3/4 ludności całego kraju dzieli kilkaset kilometrów od siebie. Dlatego te duże miasta w święta pustoszeją. Wyglądają wręcz strasznie. Wchodzimy do supermarketu i nikogo nie ma... jak na jakimś filmie o zombie. Wychodzimy na ulicę i po drogach jeździ jeden samochód na 5 minut. Ciekawe jak się ma stopień przestępczości (czytaj włamań do domów) w tym okresie.
To taki tylko przerywnik z uwagi na to, że jestem w pracy i wychodzę sobie na przerwę na lunch kupić kanapkę. Normalnie stoję w kilkunastoosobowej kolejce. Dzisiaj byłem pierwszy.
O świętach opowiem w osobnym wątku. Dzisiaj jeszcze się pochwalę nowym mieszkaniem. Wczoraj obejrzeliśmy, jutro się wprowadzamy. Mieszkanie ma 29 metrów kwadratowych, więc jest malutkim studio. Ale dla nas wystarczy. Ważne dla nas jest, że umowa nie ma ograniczeń, czyli możemy się wyprowadzić w dowolnym momencie składając 21 dniowe wypowiedzenie. Dla tych, którzy poszukują mieszkań w Auckland instrukcja obsługi :)
Od razu mówię, że lepiej zapłacić opłatę administracyjną i wynajmować od pośrednika niż od właściciela. To tylko dobra rada, bo w tym samym budynku chciała nam wynająć mieszkanie pewna Chinka, której mieszkanie było mniejsze, fatalnie umeblowane, w gorszym miejscu i chciała za nie więcej. W dodatku nakładała miliony warunków na wprowadzkę. Tymczasem Pani reprezentująca administrację była bardzo uprzejma, pomocna i wszystko podsuwała pod nos. W końcu to jej praca. Jednak za to, że w przyszłości będzie można się z nią kontaktować a nie słyszeć narzekającą Chinkę z fatalnym angielskim, warto zapłacić. I dla świętego spokoju!
Ok szukamy mieszkania. Znajdujemy kilka ofert i idziemy oglądać. To warunek konieczny, bo organoleptycznie sprawdziliśmy, że zdjęcia diametralnie mogą zmienić obraz mieszkania oraz przede wszystkim jego wielkość! Byliśmy m.in. w takim mieszkaniu, gdzie ślicznie wyglądało podwójne łóżko na zdjęciach, podczas gdy przyszliśmy okazało się, że to pojedyncze łóżko, tylko poduszki położone były w poprzek.
Znaleźliśmy nasze wymarzone mieszkanko, którego zdjęcia zapewne jeszcze zobaczycie. Mieszkanko jest 30 metrów od mojej pracy. Mogę wstawać o 8.50 i jeszcze zdążę wziąć prysznic przed wyjściem :)) Jest w samym centrum na 8 piętrze. Ma mały balkonik i boczne okno (którego brakowało nam w mieszkaniu Chinki) z którego rozpościera się widok na zatokę i port! Jest cudownie. Mała kuchnia i łazienka, ale przecież ile my czasu spędzamy w domu?! A do tej pory i tak siedzieliśmy u siebie w pokoju.
W kuchni jest wszystko czego potrzeba - mały piekarnik, płyta grzewcza, mikrofalówka i zmywarka. W łazience prysznic i pralko-suszarka. Poza tym w mieszkaniu nie ma nic i musimy sobie sami go umeblować. Będzie to dosyć ciężkie i czasochłonne po rachunku jaki sobie sami wystawiliśmy za wakacje... Cóż, damy radę :) Sam budynek jest budynkiem hotelowym, który udostępnia również mieszkania na prywatnym właścicielom (po sprzedaniu ich oczywiście). W budynku jest siłownia oraz basen, z którego mieszkańcy mogą korzystać bezpłatnie! Yupi! Czas na zrzucenie tych 100kg po wakacjach. Alkohol, kemping i wysoka temperatura nie robią dobrze na wagę ;)
Wracając. Miła i sympatyczna pani dała nam "application form", które wraca do niej. W nim trzeba zamieścić swoje dane, dane mieszkania w którym się mieszkało do tej pory, dane pracodawcy oraz 2 osoby, do których można zadzwonić po referencje (przy czym jedna osoba musi być w stanie podać Twoje warunki finansowe - czyli najprościej pracodawca). "Application form" uzupełnione wraca do pani, która pokazuje je właścicielowi i uzgadnia, czy zgadza się na takich lokatorów. My jeszcze wynegocjowaliśmy niższą kaucję przez 2 tygodnie, żeby się odbić po wydatkach.
Właściciel godzi się na wprowadzenie i dostajemy od Pani umowę najmu, która w przeciwieństwie do Polskich umów, ma 2 strony. Podpisujemy się na niej jutro, dzisiaj jednak już wpłaciliśmy wszelkie koszty wprowadzki czyli:
- 2 tygodnie kaucji za wprowadzenie się (dodatkowy 1 tydzień zapłacimy za 2 tygodnie)
- 1 tydzień do przodu odstępnego (czynsz)
- koszt administracyjny w wysokości 1 tygodniowego czynszu + podatek
W sumie więc zapłaciliśmy 4 tygodniowy czynsz i jeden tak jakby mamy zaległy. Z tego tracimy tak naprawdę tylko 1, który idzie na opłatę administracyjną. Pozostałe (kaucja) zostanie nam zwrócone po wyprowadzeniu się.
I tak jutro wielka przeprowadzka. Nie będzie łatwo zważając na to, że ja muszę pracować. Muszę? No muszę, bo wydaliśmy tyle, że nie możemy sobie pozwolić przez jakiś czas na żadne ubytki finansowe, a ja mam jeszcze za mało dni urlopowych. Wszystkie zresztą wykorzystałem na okres międzyświąteczny. Tzn. zostałem zmuszony do wykorzystania, ale tak to już w NZ jest. O tym opowiem jeszcze przy okazji świąt :) Więc firma oficjalnie jest jeszcze zamknięta, ale ja, mój szef i szef grafików pracujemy. Dlaczego oni pracują? Nie wiem, ale raźniej jest niż samemu prawda?
Przy okazji wielkie oklaski dla Bartka, który jutro nam pomoże się przeprowadzić!
To taki tylko przerywnik z uwagi na to, że jestem w pracy i wychodzę sobie na przerwę na lunch kupić kanapkę. Normalnie stoję w kilkunastoosobowej kolejce. Dzisiaj byłem pierwszy.
O świętach opowiem w osobnym wątku. Dzisiaj jeszcze się pochwalę nowym mieszkaniem. Wczoraj obejrzeliśmy, jutro się wprowadzamy. Mieszkanie ma 29 metrów kwadratowych, więc jest malutkim studio. Ale dla nas wystarczy. Ważne dla nas jest, że umowa nie ma ograniczeń, czyli możemy się wyprowadzić w dowolnym momencie składając 21 dniowe wypowiedzenie. Dla tych, którzy poszukują mieszkań w Auckland instrukcja obsługi :)
Od razu mówię, że lepiej zapłacić opłatę administracyjną i wynajmować od pośrednika niż od właściciela. To tylko dobra rada, bo w tym samym budynku chciała nam wynająć mieszkanie pewna Chinka, której mieszkanie było mniejsze, fatalnie umeblowane, w gorszym miejscu i chciała za nie więcej. W dodatku nakładała miliony warunków na wprowadzkę. Tymczasem Pani reprezentująca administrację była bardzo uprzejma, pomocna i wszystko podsuwała pod nos. W końcu to jej praca. Jednak za to, że w przyszłości będzie można się z nią kontaktować a nie słyszeć narzekającą Chinkę z fatalnym angielskim, warto zapłacić. I dla świętego spokoju!
Ok szukamy mieszkania. Znajdujemy kilka ofert i idziemy oglądać. To warunek konieczny, bo organoleptycznie sprawdziliśmy, że zdjęcia diametralnie mogą zmienić obraz mieszkania oraz przede wszystkim jego wielkość! Byliśmy m.in. w takim mieszkaniu, gdzie ślicznie wyglądało podwójne łóżko na zdjęciach, podczas gdy przyszliśmy okazało się, że to pojedyncze łóżko, tylko poduszki położone były w poprzek.
Znaleźliśmy nasze wymarzone mieszkanko, którego zdjęcia zapewne jeszcze zobaczycie. Mieszkanko jest 30 metrów od mojej pracy. Mogę wstawać o 8.50 i jeszcze zdążę wziąć prysznic przed wyjściem :)) Jest w samym centrum na 8 piętrze. Ma mały balkonik i boczne okno (którego brakowało nam w mieszkaniu Chinki) z którego rozpościera się widok na zatokę i port! Jest cudownie. Mała kuchnia i łazienka, ale przecież ile my czasu spędzamy w domu?! A do tej pory i tak siedzieliśmy u siebie w pokoju.
W kuchni jest wszystko czego potrzeba - mały piekarnik, płyta grzewcza, mikrofalówka i zmywarka. W łazience prysznic i pralko-suszarka. Poza tym w mieszkaniu nie ma nic i musimy sobie sami go umeblować. Będzie to dosyć ciężkie i czasochłonne po rachunku jaki sobie sami wystawiliśmy za wakacje... Cóż, damy radę :) Sam budynek jest budynkiem hotelowym, który udostępnia również mieszkania na prywatnym właścicielom (po sprzedaniu ich oczywiście). W budynku jest siłownia oraz basen, z którego mieszkańcy mogą korzystać bezpłatnie! Yupi! Czas na zrzucenie tych 100kg po wakacjach. Alkohol, kemping i wysoka temperatura nie robią dobrze na wagę ;)
Wracając. Miła i sympatyczna pani dała nam "application form", które wraca do niej. W nim trzeba zamieścić swoje dane, dane mieszkania w którym się mieszkało do tej pory, dane pracodawcy oraz 2 osoby, do których można zadzwonić po referencje (przy czym jedna osoba musi być w stanie podać Twoje warunki finansowe - czyli najprościej pracodawca). "Application form" uzupełnione wraca do pani, która pokazuje je właścicielowi i uzgadnia, czy zgadza się na takich lokatorów. My jeszcze wynegocjowaliśmy niższą kaucję przez 2 tygodnie, żeby się odbić po wydatkach.
Właściciel godzi się na wprowadzenie i dostajemy od Pani umowę najmu, która w przeciwieństwie do Polskich umów, ma 2 strony. Podpisujemy się na niej jutro, dzisiaj jednak już wpłaciliśmy wszelkie koszty wprowadzki czyli:
- 2 tygodnie kaucji za wprowadzenie się (dodatkowy 1 tydzień zapłacimy za 2 tygodnie)
- 1 tydzień do przodu odstępnego (czynsz)
- koszt administracyjny w wysokości 1 tygodniowego czynszu + podatek
W sumie więc zapłaciliśmy 4 tygodniowy czynsz i jeden tak jakby mamy zaległy. Z tego tracimy tak naprawdę tylko 1, który idzie na opłatę administracyjną. Pozostałe (kaucja) zostanie nam zwrócone po wyprowadzeniu się.
I tak jutro wielka przeprowadzka. Nie będzie łatwo zważając na to, że ja muszę pracować. Muszę? No muszę, bo wydaliśmy tyle, że nie możemy sobie pozwolić przez jakiś czas na żadne ubytki finansowe, a ja mam jeszcze za mało dni urlopowych. Wszystkie zresztą wykorzystałem na okres międzyświąteczny. Tzn. zostałem zmuszony do wykorzystania, ale tak to już w NZ jest. O tym opowiem jeszcze przy okazji świąt :) Więc firma oficjalnie jest jeszcze zamknięta, ale ja, mój szef i szef grafików pracujemy. Dlaczego oni pracują? Nie wiem, ale raźniej jest niż samemu prawda?
Przy okazji wielkie oklaski dla Bartka, który jutro nam pomoże się przeprowadzić!
Szaleni
Jak cała emigracja, tak i przeprowadzka jest szalona :) Wczoraj oglądaliśmy mieszkanie, dzisiaj wpłacamy kaucję i pierwszy czynsz, jutro się przeprowadzamy. Dziewczyny z którymi mieszkamy na pewno nie będą zadowolone, ale chrzanić. Początki z nimi były super, zresztą sami wiecie. Było śmiesznie i miło. Teraz jest dramat taki, że bez skrupułów wyprowadzimy się z dnia na dzień.
Więcej napiszę może dzisiaj popołudniu jak ciśnienie w pracy spadnie po świętach :) Przede wszystkim opiszę wam nowe mieszkanie i trochę więcej zaległości.
Więcej napiszę może dzisiaj popołudniu jak ciśnienie w pracy spadnie po świętach :) Przede wszystkim opiszę wam nowe mieszkanie i trochę więcej zaległości.
5 stycznia 2011
Od czego by zacząć
Od narzekania? Blogger jest głupi! O! No bo jak taka duża firma jak google może sobie pozwolić na to, żeby nie mieć wersji mobilnej a w dodatku stworzyć tak kiepski edytor w JS, żeby nie było możliwe używać go przez komórkę? He?
A teraz idąc od końca. Przeprowadzamy się. Już na 99.9%. Będzie ciężko, ale kto powiedział, że ma być łatwo co? Poza tym po tym co już przeszliśmy taka przeprowadzka to będzie bułka z masłem :) Byliśmy oglądać 1 pokój i 2 kawalerki. Zdecydowaliśmy, że jeśli jako para mamy płacić 240$ z opłatami za życie poza centrum, to czemu by nie zapłacić za kawalerkę 250$ dorzucić te parę groszy na opłaty, ale mieszkać dosłownie 30 metrów od pracy? I tak w wieżowcu sąsiadującym z budynkiem mojej pracy znaleźliśmy piękne malutkie mieszkanko 30 metrowe, z widokiem na moją pracę oraz zatokę. W cenie 250$ jest woda oraz basen + siłownia, które znajdują się w budynku. To ogromna zaleta, bo przecież komu się chce chodzić na basen codziennie? A jakby mieć tak basen 8 pięter niżej? BAJKA!
Wszystko super, gdyby nie minusy prawda? Minus pierwszy - mieszkanie nie jest umeblowane. To jeszcze jesteśmy w stanie przeboleć przez jakiś czas, bo przecież i tak musimy pokupować dużo rzeczy prędzej czy później. Problem jest większy. Koszty przeprowadzki. Za wprowadzkę zarządca chce sobie wziąć 5 tygodniowych czynszów (1 do przodu, 3 kaucji i 1 opłaty bezzwrotnej za wprowadzenie się). To oznacza, że po chyba najlepszych święto/sylwestrze w historii ale przy okazji najdroższych i trochę przegiętych jeśli chodzi o wydatki, będzie nam bardzo ciężko się spiąć, żeby nagle wykombinować aż tyle kasy. Jakoś damy radę. Będzie śmiesznie ogólnie. Ale co tam, przeprowadzka na swoje to w końcu pakowanie pieniędzy (z wyjątkiem czynszu) już tylko w swoje wydatki. Bo to dzielenie mieszkań to jakaś wielka ściema. Może jedną ofertę znaleźliśmy taką, że ktoś naprawdę dzieli się opłatami za mieszkanie czy za opłaty. W pozostałych ceny są po prostu śmieszne. Za mieszkanie 15km od centrum ludzie chcą od pary 180$ plus opłaty. Prosty rachunek, 180$ plus pewnie 40$ opłat + 80$ za dojazd? Nie, wystarczy już. Przeprowadzamy się do siebie :)
Jeszcze lepszy numer wywinęli studenci, którzy poszukiwali pary. Powiedzieli, że możemy zobaczyć mieszkanie w czwartek, ale czy możemy się wprowadzić to dostaniemy odpowiedź dopiero we wtorek jak wszyscy mieszkanie zobaczą. Jasne! Troszkę za stary jestem, żeby brać udziały w castingu. Poza tym mokre podkoszulki mi się skończyły.
Tak więc oczekujcie wieczorem wiadomości, czy się zdecydowaliśmy no i oczywiście kolejnych postów!
Aha! I Julka zaczęła roznosić CV. Będzie można sprawdzić ile czasu potrzeba, żeby znaleźć jakąkolwiek pracę mając open work permit. Wszyscy trzymamy kciuki.
A teraz idąc od końca. Przeprowadzamy się. Już na 99.9%. Będzie ciężko, ale kto powiedział, że ma być łatwo co? Poza tym po tym co już przeszliśmy taka przeprowadzka to będzie bułka z masłem :) Byliśmy oglądać 1 pokój i 2 kawalerki. Zdecydowaliśmy, że jeśli jako para mamy płacić 240$ z opłatami za życie poza centrum, to czemu by nie zapłacić za kawalerkę 250$ dorzucić te parę groszy na opłaty, ale mieszkać dosłownie 30 metrów od pracy? I tak w wieżowcu sąsiadującym z budynkiem mojej pracy znaleźliśmy piękne malutkie mieszkanko 30 metrowe, z widokiem na moją pracę oraz zatokę. W cenie 250$ jest woda oraz basen + siłownia, które znajdują się w budynku. To ogromna zaleta, bo przecież komu się chce chodzić na basen codziennie? A jakby mieć tak basen 8 pięter niżej? BAJKA!
Wszystko super, gdyby nie minusy prawda? Minus pierwszy - mieszkanie nie jest umeblowane. To jeszcze jesteśmy w stanie przeboleć przez jakiś czas, bo przecież i tak musimy pokupować dużo rzeczy prędzej czy później. Problem jest większy. Koszty przeprowadzki. Za wprowadzkę zarządca chce sobie wziąć 5 tygodniowych czynszów (1 do przodu, 3 kaucji i 1 opłaty bezzwrotnej za wprowadzenie się). To oznacza, że po chyba najlepszych święto/sylwestrze w historii ale przy okazji najdroższych i trochę przegiętych jeśli chodzi o wydatki, będzie nam bardzo ciężko się spiąć, żeby nagle wykombinować aż tyle kasy. Jakoś damy radę. Będzie śmiesznie ogólnie. Ale co tam, przeprowadzka na swoje to w końcu pakowanie pieniędzy (z wyjątkiem czynszu) już tylko w swoje wydatki. Bo to dzielenie mieszkań to jakaś wielka ściema. Może jedną ofertę znaleźliśmy taką, że ktoś naprawdę dzieli się opłatami za mieszkanie czy za opłaty. W pozostałych ceny są po prostu śmieszne. Za mieszkanie 15km od centrum ludzie chcą od pary 180$ plus opłaty. Prosty rachunek, 180$ plus pewnie 40$ opłat + 80$ za dojazd? Nie, wystarczy już. Przeprowadzamy się do siebie :)
Jeszcze lepszy numer wywinęli studenci, którzy poszukiwali pary. Powiedzieli, że możemy zobaczyć mieszkanie w czwartek, ale czy możemy się wprowadzić to dostaniemy odpowiedź dopiero we wtorek jak wszyscy mieszkanie zobaczą. Jasne! Troszkę za stary jestem, żeby brać udziały w castingu. Poza tym mokre podkoszulki mi się skończyły.
Tak więc oczekujcie wieczorem wiadomości, czy się zdecydowaliśmy no i oczywiście kolejnych postów!
Aha! I Julka zaczęła roznosić CV. Będzie można sprawdzić ile czasu potrzeba, żeby znaleźć jakąkolwiek pracę mając open work permit. Wszyscy trzymamy kciuki.
Wróciliśmy!
Kilka tygodni przerwy za które serdecznie przepraszam :) Przede wszystkim spóźnione życzenia świąteczne i noworoczne dla wszystkich!
Jak tylko odgrzebię się troszeczkę z pracy zacznę pisać posty, a jest ich tyleee... :)
Jak tylko odgrzebię się troszeczkę z pracy zacznę pisać posty, a jest ich tyleee... :)
21 grudnia 2010
Wypadki chodzą po ludziach
Mieliśmy wczoraj wieczorem siąść i opisać wycieczkę do muzeum ale się popsuło. Najstarsza córka Lindy (ta w 9 miesiącu ciąży) miała wczoraj wypadek i wylądowała w szpitalu. Na razie nic nie wiem, bo dziewczyny wróciły do domu jakoś nad ranem jak je słyszałem a teraz jestem w pracy.
Z najświeższych informacji - wczoraj koleś odwołał spotkanie, ponieważ kogoś znalazł na miejsce, więc jesteśmy zawiedzeni i dzisiaj umawiamy się o 13 z drugim kolesiem. Co i jak damy znać wieczorem.
Z najświeższych informacji - wczoraj koleś odwołał spotkanie, ponieważ kogoś znalazł na miejsce, więc jesteśmy zawiedzeni i dzisiaj umawiamy się o 13 z drugim kolesiem. Co i jak damy znać wieczorem.
20 grudnia 2010
Ciągle pada
Dosłownie. Od 3, może 4 dni pada bez przerwy. W dodatku wcale nie jest zimno, bo utrzymuje się temperatura w okolicach 22 stopni. Powoduje to, że żyjemy w darmowej saunie. Nie zraziło to nas jednak do kolejnej sobotniej przygody.
Zacznę jednak od imprezy świątecznej. Impreza zaczęła się od przemówienia szefostwa, które uznało rok za całkiem niezły jak na kryzys światowy i jedną z najbardziej dotkniętych dziedzin - reklamę. Mimo wszystko wyszliśmy na plus i z optymizmem patrzymy w przyszłość. Gadka jaką każdy szef w każdej firmie zapewne wygłasza ;) Potem mały poczęstunek i... wódka! :) Przyniosłem obiecaną wódkę, na wszelki wypadek również sok i colę, coby niektórzy nie pomdleli i rozlałem butelkę wśród ludzi. Jedynie 3 osoby odważyły napić się "po polsku" czyli czystą przegryzając ogóreczkiem, który również zapewniłem :) Niestety nikomu nie przypadło do gustu i zostałem określony jako "nienormalny" i "szalony" po tym jak wypiłem 2 setki na ich oczach i stałem dalej na nogach. I byłem w stanie jeszcze pójść na lunch świąteczny. Cóż, pić wódki z kiwusami się nie da :)
Wyszliśmy (w deszczu oczywiście) o 1.30 z pracy. W restauracji "Euro" w porcie mieliśmy zarezerwowany stolik. Każdy dostał menu i mógł zamawiać co chciał i jak chciał bez oporów. Zamówienia były różne, ale wszyscy zgodnie zamknęli się w trzech... kursach? (jak to się mówi po polsku?), czyli entre, głównym daniu i deserze. W moim przypadku więc na entre był mały kawałek pieczonej kaczki wraz z malutkimi naleśnikami, warzywami i 4 sosami, z których robiło się malutkie naleśniki, takie dosłownie na 2 gryzy. Gdyby zresztą nie kolega, nie wiedziałbym jak się za to zabrać, tak często goszczę w luksusowych restauracjach ;). Na główne danie dostałem gruby i soczysty stek, zaś na stole pojawiły się przeróżne warzywa grillowane oraz gotowane, w tym papryczki, ziemniaki, frytki, pomidorki itd. Na deser na koniec ciasto czekoladowe z lodami, które po przecięciu rozpływało się... MNIAM! Wszystko przepyszne, popijane dużą ilością piw i drinków. Mógłbym tak codziennie. Jest tylko jeden szkopuł. Otóż tak na oko koszt na jedną osobę takiego "skromnego" posiłku w luksusowej restauracji to bagatela ok 150$! Ile trzeba zarabiać, żeby wyskakiwać do Euro na lunch he?
Oprócz jedzonka było mnóstwo rozmów, dyskusji i historii. Było bardzo zabawnie i muszę przyznać, że taka "wigilia firmowa" jest dużo przyjemniejsza od korporacyjnej. Z prostego powodu - każdy czuje się częścią imprezy, każdy z każdym rozmawia i jakoś tak jest rodzinnie, kiedy przy stole jest 12 osób. W przypadku korpo, jakoś tak niknie się w tłumie. Owszem, zamieni się zdanie z 40 osobami, ale mimo wszystko jakoś tak dziko... Dlatego lepiej od korporacyjnych wigilii wspominam korporacyjne powigilie w krakowskiej Pozytywce, którą serdecznie polecam do odwiedzenia każdemu turyście i nieturyście :) (miało być naturyście, ale się poprawiłem).
Piątek minął w pracy na pałętaniu się w jedną i drugą stronę, dokańczaniu historii dnia poprzedniego i robieniu wszystkiego byle nie pracowaniu, czyli trzeźwiejemy w pracy :)
Przyszła sobota i przyszedł wypad do muzeum. Wypad do muzeum opiszemy wspólnie wieczorem, ponieważ jest dużo zdjęć do opisania. Muzeum rewelacyjne, miejsce którego nie powinien ominąć żaden turysta odwiedzający Auckland. Żeby było zabawnie dla miejscowych (czyt. płacących podatki :) ) muzeum jest za darmo. Mimo wszystko zapłaciliśmy 20$ darowizny na rzecz muzeum, które jest olbrzymie i nieporównywalne do żadnego z Polskich muzeów, które widziałem.
Po muzeum odwiedziliśmy restaurację bardziej nam bliską ;) czyli chińskie BBQ. Na kolację była kopa pieczonych żeberek i świnka z grzybkami. Ciekawostka natomiast (coś nowego!) o samych chińczykach. Wchodzimy do restauracji, siadamy, przychodzi do nas pani zapytać o zamówienie. Pytam, czy mają skrzydełka kurczaka? Pani robi wielkie oczy i woła koleżankę. Koleżanka pyta jeszcze raz, więc ponawiam "czy macie skrzydełka kurczaka?". Pani odpowiada, że nie a następnie po chińsku tłumaczy koleżance. Wyobrażacie sobie? Ta kelnerka po prostu nie rozumiała na tyle po angielsku, żeby zrozumieć "chicken wings"! To już przekracza jakiekolwiek granice... DRAMAT!
A dzisiaj? Dzisiaj idziemy na piwo. Idziemy na piwo z potencjalnym przyszłym współlokatorem. Nie jest może to najtańsza opcja, bo podniesie nam tygodniowe opłaty (nawet odliczając dojazd), za to "troszkę" podniesie nam komfort, bo oto z południowych przedmieść zamierzamy wprowadzić się do samego centrum, do bloku około 500 metrów od mojej pracy, który ma wliczone w cenę wejście do osiedlowego basenu, siłowni, sauny i kortu tenisowego :) Nasz potencjalny przyszły współlokator jest również człowiekiem od IT i sam wprowadza się tam dopiero 8 stycznia. Na razie jednak się poznajemy i zobaczymy, czy przypadniemy sobie do gustu. Trzymajcie kciuki i do wieczora.
Zacznę jednak od imprezy świątecznej. Impreza zaczęła się od przemówienia szefostwa, które uznało rok za całkiem niezły jak na kryzys światowy i jedną z najbardziej dotkniętych dziedzin - reklamę. Mimo wszystko wyszliśmy na plus i z optymizmem patrzymy w przyszłość. Gadka jaką każdy szef w każdej firmie zapewne wygłasza ;) Potem mały poczęstunek i... wódka! :) Przyniosłem obiecaną wódkę, na wszelki wypadek również sok i colę, coby niektórzy nie pomdleli i rozlałem butelkę wśród ludzi. Jedynie 3 osoby odważyły napić się "po polsku" czyli czystą przegryzając ogóreczkiem, który również zapewniłem :) Niestety nikomu nie przypadło do gustu i zostałem określony jako "nienormalny" i "szalony" po tym jak wypiłem 2 setki na ich oczach i stałem dalej na nogach. I byłem w stanie jeszcze pójść na lunch świąteczny. Cóż, pić wódki z kiwusami się nie da :)
Wyszliśmy (w deszczu oczywiście) o 1.30 z pracy. W restauracji "Euro" w porcie mieliśmy zarezerwowany stolik. Każdy dostał menu i mógł zamawiać co chciał i jak chciał bez oporów. Zamówienia były różne, ale wszyscy zgodnie zamknęli się w trzech... kursach? (jak to się mówi po polsku?), czyli entre, głównym daniu i deserze. W moim przypadku więc na entre był mały kawałek pieczonej kaczki wraz z malutkimi naleśnikami, warzywami i 4 sosami, z których robiło się malutkie naleśniki, takie dosłownie na 2 gryzy. Gdyby zresztą nie kolega, nie wiedziałbym jak się za to zabrać, tak często goszczę w luksusowych restauracjach ;). Na główne danie dostałem gruby i soczysty stek, zaś na stole pojawiły się przeróżne warzywa grillowane oraz gotowane, w tym papryczki, ziemniaki, frytki, pomidorki itd. Na deser na koniec ciasto czekoladowe z lodami, które po przecięciu rozpływało się... MNIAM! Wszystko przepyszne, popijane dużą ilością piw i drinków. Mógłbym tak codziennie. Jest tylko jeden szkopuł. Otóż tak na oko koszt na jedną osobę takiego "skromnego" posiłku w luksusowej restauracji to bagatela ok 150$! Ile trzeba zarabiać, żeby wyskakiwać do Euro na lunch he?
Oprócz jedzonka było mnóstwo rozmów, dyskusji i historii. Było bardzo zabawnie i muszę przyznać, że taka "wigilia firmowa" jest dużo przyjemniejsza od korporacyjnej. Z prostego powodu - każdy czuje się częścią imprezy, każdy z każdym rozmawia i jakoś tak jest rodzinnie, kiedy przy stole jest 12 osób. W przypadku korpo, jakoś tak niknie się w tłumie. Owszem, zamieni się zdanie z 40 osobami, ale mimo wszystko jakoś tak dziko... Dlatego lepiej od korporacyjnych wigilii wspominam korporacyjne powigilie w krakowskiej Pozytywce, którą serdecznie polecam do odwiedzenia każdemu turyście i nieturyście :) (miało być naturyście, ale się poprawiłem).
Piątek minął w pracy na pałętaniu się w jedną i drugą stronę, dokańczaniu historii dnia poprzedniego i robieniu wszystkiego byle nie pracowaniu, czyli trzeźwiejemy w pracy :)
Przyszła sobota i przyszedł wypad do muzeum. Wypad do muzeum opiszemy wspólnie wieczorem, ponieważ jest dużo zdjęć do opisania. Muzeum rewelacyjne, miejsce którego nie powinien ominąć żaden turysta odwiedzający Auckland. Żeby było zabawnie dla miejscowych (czyt. płacących podatki :) ) muzeum jest za darmo. Mimo wszystko zapłaciliśmy 20$ darowizny na rzecz muzeum, które jest olbrzymie i nieporównywalne do żadnego z Polskich muzeów, które widziałem.
Po muzeum odwiedziliśmy restaurację bardziej nam bliską ;) czyli chińskie BBQ. Na kolację była kopa pieczonych żeberek i świnka z grzybkami. Ciekawostka natomiast (coś nowego!) o samych chińczykach. Wchodzimy do restauracji, siadamy, przychodzi do nas pani zapytać o zamówienie. Pytam, czy mają skrzydełka kurczaka? Pani robi wielkie oczy i woła koleżankę. Koleżanka pyta jeszcze raz, więc ponawiam "czy macie skrzydełka kurczaka?". Pani odpowiada, że nie a następnie po chińsku tłumaczy koleżance. Wyobrażacie sobie? Ta kelnerka po prostu nie rozumiała na tyle po angielsku, żeby zrozumieć "chicken wings"! To już przekracza jakiekolwiek granice... DRAMAT!
A dzisiaj? Dzisiaj idziemy na piwo. Idziemy na piwo z potencjalnym przyszłym współlokatorem. Nie jest może to najtańsza opcja, bo podniesie nam tygodniowe opłaty (nawet odliczając dojazd), za to "troszkę" podniesie nam komfort, bo oto z południowych przedmieść zamierzamy wprowadzić się do samego centrum, do bloku około 500 metrów od mojej pracy, który ma wliczone w cenę wejście do osiedlowego basenu, siłowni, sauny i kortu tenisowego :) Nasz potencjalny przyszły współlokator jest również człowiekiem od IT i sam wprowadza się tam dopiero 8 stycznia. Na razie jednak się poznajemy i zobaczymy, czy przypadniemy sobie do gustu. Trzymajcie kciuki i do wieczora.
Subskrybuj:
Posty (Atom)