Zmęczeni 1100 kilometrami przejechanymi, palącym słońcem i mnóstwem przygód, ale zadowoleni :) Jak najszybciej postaramy się wgrać zdjęcia i opisać wyjazd. Sam opis jednak będzie musiał prawdopodobnie zaczekać do weekendu, jako że szykuje się bardzo długi wpis.
Dodam tylko, że podróżowanie campervanem ma swoje plusy ale jeden ogromny minus. 3L silnik V8 nie rozpieszcza. Na tych 1100 kilometrach spaliliśmy ponad 160 litrów benzyny! Gdzie mój golf diesel i spalanie 4,5L na trasie? Buuu!
A oto nasza przybliżona trasa zwiedzania.
czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
27 października 2010
22 października 2010
Wakaaaaacje
PIOSENKA DNIA, czyli jedna z głównych piosenek w samochodzie wycieczki dookoła Europy :)
Znikamy na około tydzień. Po tygodniu będziecie mieli sporo do przeczytania a my na pewno sporo do opowiedzenia :)
Znikamy na około tydzień. Po tygodniu będziecie mieli sporo do przeczytania a my na pewno sporo do opowiedzenia :)
21 października 2010
Awantura po nowozelandzku
Jak wielu z was wie, uwielbiam się awanturować, jeśli ktoś chce mnie zrobić w konia, albo próbuje mnie naciągnąć. Mam to oczywiście po mamie, która jest przodowniczką w tym temacie (pozdrowienia dla mamy). I tak zaliczyłem pierwszą Nowozelandzką awanturę, co było ciekawym przeżyciem, jako że awantura oczywiście po angielsku.
Zaczęło się jakieś 2 tygodnie temu jak wiecie. Pewna osoba zjarała laptopa na pościeli :) Pozdrowienia dla pewnej osoby :p To jednak bardzo popularna awaria w HPekach i naprawa wydawała się banalna. Poszedłem więc do serwisu, który powiedział, że naprawiają te laptopy, że naprawili ich setki i nie mam się czym martwić. Zostawiłem więc im go, minęły 2 dni i zadzwonili, że koszt naprawy to ok 250$, czyli tyle ile się spodziewałem sondując wcześniej serwisy. Ok - naprawiajcie. Wszystko pięknie, ładnie, po kolejnych 3-4 dniach dzwonią i mówią, że jednak im się pomyliło, że to nie karta graficzna a cała płyta główna poszła! A koszt to skromne 480$ + podatek. No to chrzanię was, mówię, i poproszę mojego laptopa z powrotem. Koleś lekko zaskoczony, prawdopodobnie nie spotkał się z taką sytuacją, lub zupełnie się jej nie spodziewał. Powiedział, że za kilka dni będzie z powrotem. To już dało do myślenia, że najpierw naprawa była taka łatwa, potem nagle urosła dwukrotnie, a na końcu potrzebują kilku dni, żeby mi go oddać!
Dobra czekam. Przeczekałem kolejne 3 dni i poszedłem do nich. Okazało się, że to nie oni naprawiają laptopa, tylko odsyłają do innego serwisu i że zadzwonią tam i spytają się co się dzieje. Tego samego dnia zadzwonili, że laptop będzie jutro (czyli wczoraj).
Wczoraj więc poszedłem do sklepu po odbiór i ku zdziwieniu sprzedawcy poprosiłem, że chciałbym przed odbiorem sprawdzić laptopa. Oczywiście dziwnym trafem okazał się zupełnie rozładowany, ale po wielkim poszukiwaniu koleś znalazł pasującą ładowarkę. Podłączam, naciskam przycisk i co? NIESPODZIANKA! Laptop świeci kontrolki, następnie wydaje z siebie dźwięki błędu płyty głównej i wyłącza się.
No to zaczynamy. Pytam co to k** ma być? Koleś mówi, że nie wie i że zapyta kolegi. Przychodzi 2 chińczyków i jeden mówi, że nie chciałem naprawić laptopa. Ja mówię, że nie chciałem, ale nie chciałem też, żebyście mi go spieprzyli bardziej! On mi pokazuje zgłoszenie - monitor czarny. Ja mu mówię, jasne mózgu, czarny ale się włączał. Tak samo jak cały laptop. Teraz piszczy, że ma uszkodzoną płytę główną. On mi na to, że niekoniecznie płytę. Nooo tak, niekoniecznie. To jeszcze gorzej świadczy o was jeśli spitoliliście procesor albo RAM!
I taka gadka przez 10 minut. Chińczyki zaczęły się pienić a ja powiedziałem, że nie ma mowy, że nie odbiorę laptopa. Chińczyki powiedziały, że w takim układzie, żebym zadzwonił do serwisu, podadzą mi numer sprawy i tam się mam dowiedzieć...
Dzwoniłem dzisiaj, ponieważ wczoraj już mieli zamknięte. Najpierw obsługa klienta powiedziała mi, że sprawa ich przerasta i że oddzwoni jakiś boss do mnie. Pyta o co chodzi, więc mu grzecznie tłumaczę:
"Oddałem laptopa do sklepu. Bez mojej wiedzy został gdzieś wysłany (podobno do was). Mam numer sprawy tego sklepu i ten numer, z którego dzwonisz. Jak oddawałem laptopa, działał, tylko miał czarny ekran co wyraźnie sugerowało uszkodzoną kartę graficzną. Nie chciałem, żebyście mi go naprawiali bo cena jest dwukrotnie wyższa niż u konkurencji. Dostałem z powrotem laptopa, który jest w gorszym stanie niż wtedy kiedy go oddawałem. W ogóle się nie włącza, monitor również, nie wiem czy mi przypadkiem połowy hardware nie wymontowaliście! Chcę laptopa dokładnie w takim stanie jak go oddałem!"
Chwila milczenia po drugiej stronie. Jak Pan ma na imię? Mhm. Skąd Pan ma numer do nas? Mhm. Nie powinien Pan tu dzwonić, ponieważ to sprawa między nami a sklepem. Skontaktujemy się z nimi i postaramy się przywrócić laptopa przynajmniej do stanu sprzed naprawy bez kosztów. Przepraszamy za problem i skontaktujemy się z Panem.
Wniosek? Oczywiście warto walczyć o swoje, jak zawsze. Poza tym Nowa Zelandia czy Chiny, wszędzie możesz zostać oszukany! Ale najgorsze jest to, że te chińczyki dopiero zaczęły kapować w tych swoich małych żółtych główkach cokolwiek, jak im powiedziałem, że nie odbiorę laptopa i wrócę z policją, bo próbują mnie oszukać. Wtedy dopiero coś załatwiłem. Straszne ile trzeba się nagadać i nagonić, żeby być uczciwie potraktowanym
Zaczęło się jakieś 2 tygodnie temu jak wiecie. Pewna osoba zjarała laptopa na pościeli :) Pozdrowienia dla pewnej osoby :p To jednak bardzo popularna awaria w HPekach i naprawa wydawała się banalna. Poszedłem więc do serwisu, który powiedział, że naprawiają te laptopy, że naprawili ich setki i nie mam się czym martwić. Zostawiłem więc im go, minęły 2 dni i zadzwonili, że koszt naprawy to ok 250$, czyli tyle ile się spodziewałem sondując wcześniej serwisy. Ok - naprawiajcie. Wszystko pięknie, ładnie, po kolejnych 3-4 dniach dzwonią i mówią, że jednak im się pomyliło, że to nie karta graficzna a cała płyta główna poszła! A koszt to skromne 480$ + podatek. No to chrzanię was, mówię, i poproszę mojego laptopa z powrotem. Koleś lekko zaskoczony, prawdopodobnie nie spotkał się z taką sytuacją, lub zupełnie się jej nie spodziewał. Powiedział, że za kilka dni będzie z powrotem. To już dało do myślenia, że najpierw naprawa była taka łatwa, potem nagle urosła dwukrotnie, a na końcu potrzebują kilku dni, żeby mi go oddać!
Dobra czekam. Przeczekałem kolejne 3 dni i poszedłem do nich. Okazało się, że to nie oni naprawiają laptopa, tylko odsyłają do innego serwisu i że zadzwonią tam i spytają się co się dzieje. Tego samego dnia zadzwonili, że laptop będzie jutro (czyli wczoraj).
Wczoraj więc poszedłem do sklepu po odbiór i ku zdziwieniu sprzedawcy poprosiłem, że chciałbym przed odbiorem sprawdzić laptopa. Oczywiście dziwnym trafem okazał się zupełnie rozładowany, ale po wielkim poszukiwaniu koleś znalazł pasującą ładowarkę. Podłączam, naciskam przycisk i co? NIESPODZIANKA! Laptop świeci kontrolki, następnie wydaje z siebie dźwięki błędu płyty głównej i wyłącza się.
No to zaczynamy. Pytam co to k** ma być? Koleś mówi, że nie wie i że zapyta kolegi. Przychodzi 2 chińczyków i jeden mówi, że nie chciałem naprawić laptopa. Ja mówię, że nie chciałem, ale nie chciałem też, żebyście mi go spieprzyli bardziej! On mi pokazuje zgłoszenie - monitor czarny. Ja mu mówię, jasne mózgu, czarny ale się włączał. Tak samo jak cały laptop. Teraz piszczy, że ma uszkodzoną płytę główną. On mi na to, że niekoniecznie płytę. Nooo tak, niekoniecznie. To jeszcze gorzej świadczy o was jeśli spitoliliście procesor albo RAM!
I taka gadka przez 10 minut. Chińczyki zaczęły się pienić a ja powiedziałem, że nie ma mowy, że nie odbiorę laptopa. Chińczyki powiedziały, że w takim układzie, żebym zadzwonił do serwisu, podadzą mi numer sprawy i tam się mam dowiedzieć...
Dzwoniłem dzisiaj, ponieważ wczoraj już mieli zamknięte. Najpierw obsługa klienta powiedziała mi, że sprawa ich przerasta i że oddzwoni jakiś boss do mnie. Pyta o co chodzi, więc mu grzecznie tłumaczę:
"Oddałem laptopa do sklepu. Bez mojej wiedzy został gdzieś wysłany (podobno do was). Mam numer sprawy tego sklepu i ten numer, z którego dzwonisz. Jak oddawałem laptopa, działał, tylko miał czarny ekran co wyraźnie sugerowało uszkodzoną kartę graficzną. Nie chciałem, żebyście mi go naprawiali bo cena jest dwukrotnie wyższa niż u konkurencji. Dostałem z powrotem laptopa, który jest w gorszym stanie niż wtedy kiedy go oddawałem. W ogóle się nie włącza, monitor również, nie wiem czy mi przypadkiem połowy hardware nie wymontowaliście! Chcę laptopa dokładnie w takim stanie jak go oddałem!"
Chwila milczenia po drugiej stronie. Jak Pan ma na imię? Mhm. Skąd Pan ma numer do nas? Mhm. Nie powinien Pan tu dzwonić, ponieważ to sprawa między nami a sklepem. Skontaktujemy się z nimi i postaramy się przywrócić laptopa przynajmniej do stanu sprzed naprawy bez kosztów. Przepraszamy za problem i skontaktujemy się z Panem.
Wniosek? Oczywiście warto walczyć o swoje, jak zawsze. Poza tym Nowa Zelandia czy Chiny, wszędzie możesz zostać oszukany! Ale najgorsze jest to, że te chińczyki dopiero zaczęły kapować w tych swoich małych żółtych główkach cokolwiek, jak im powiedziałem, że nie odbiorę laptopa i wrócę z policją, bo próbują mnie oszukać. Wtedy dopiero coś załatwiłem. Straszne ile trzeba się nagadać i nagonić, żeby być uczciwie potraktowanym
19 października 2010
Przykład bardzo ciekawego design-u
W pracy pokazali mi jedną stronkę. Może i stronka nie powala, ale za to ten baner reklamowy u góry flashowy powalił :) No pomysł rewelacyjny, świetny przykład jak zrobić reklamę wciągającą użytkownika, interaktywną i po prostu ciekawą!
LINK
Poklikajcie sobie te 4 zakładki od góry :)
LINK
Poklikajcie sobie te 4 zakładki od góry :)
Nie ma o czym pisać
Dlaczego? Bo mam nudne ostatnie 2 tygodnie. Wszystko z powodu choroby. Jak wiecie mieszkamy z rodziną kiwusów, których najstarsza córka jest w ciąży. To oznacza, że staramy się nie chodzić po domu, żeby nie siać zarazkami. I tak w ostatnich 2 tygodniach moje życie wygląda tak: praca, pokój, praca, pokój, weekend w łóżku, praca, pokój. I tak pomnóżcie przez ilość dni i 2 weekendy. Efektem przynajmniej jest polepszony stan, ale tak naprawdę to jedna z cięższych chorób jakie przeżyłem w życiu. I na pewno najdłuższa. Już prawie mnie nie kaszle a z bólu gardła boli mnie już tylko prawy migdałek :) To sukces, zważając na to, że jeszcze 4 dni temu bolało mnie wszystko od płuc w górę i w ogóle nie potrafiłem wydusić z siebie dźwięku. W domu śmiali się ze mnie, że dobrze, że jest smoke alarm, bo jakby się paliło to za bardzo bym nie uratował nikogo.
Co zabawne, kiedy straciłem głos, również chodziłem do pracy. I porozumiewałem się z ludźmi za pomocą poczciwego notatnika oraz maili. Tzn maile wysyłałem, a jak ktoś przychodził się coś zapytać, to pisałem mu odpowiedź w notatniku na laptopie i pokazywałem :) Trzeba sobie radzić prawda?
Z nowości to mogę wam powiedzieć tak. Próbowałem w pracy czarny pudding. Z wyglądu wyglądało to na ciasteczko, ale z opisu i smaku wygląda na to, że czarny pudding w wydaniu Nowozelandzkim to ni mniej ni więcej nasza kiszka, tylko zasuszona. A przynajmniej coś w tym stylu. I z tego tną plasterki i zajadają się na ciepło (z mikrofali). Dodatkowo nie jeżdżę na skuterze od 2 tygodni ze względu na stan zdrowia, ale za to mam nowy akumulator do niego, więc już nie będę musiał odpalać go z kopa! A to oznacza, że już mi sam skubany nie odjedzie :)
A poza tym to nic. Laptop dalej nie żyje, chińczyki nie potrafią go naprawić i mnie wkurzają, bo dzwonią tylko i zwiększają wycenę, więc dzisiaj im go zabieram. A tak to zupełnie nie mam pomysłu o czym wam napisać. Nie mam czego spostrzec ani się dowiedzieć, bo praca, pokój, praca, pokój nuuuuda! Ale byle do piątku, bo otóż w piątek wsiadamy w campervana i wyruszamy na 4,5 dnia na południe! I (dla jednej marudzącej Magdy), będą w końcu porządne zdjęcia, bo takie coś, którego efekty widzieliście do tej pory:

zamieniliśmy właśnie wczoraj na Canona 500D, czyli takie coś:

Tzn. nie do końca zamieniliśmy, bo teraz będą podróżowały oba, mały w sytuacje ekstramalne, duży w pozostałe :)
Co zabawne, kiedy straciłem głos, również chodziłem do pracy. I porozumiewałem się z ludźmi za pomocą poczciwego notatnika oraz maili. Tzn maile wysyłałem, a jak ktoś przychodził się coś zapytać, to pisałem mu odpowiedź w notatniku na laptopie i pokazywałem :) Trzeba sobie radzić prawda?
Z nowości to mogę wam powiedzieć tak. Próbowałem w pracy czarny pudding. Z wyglądu wyglądało to na ciasteczko, ale z opisu i smaku wygląda na to, że czarny pudding w wydaniu Nowozelandzkim to ni mniej ni więcej nasza kiszka, tylko zasuszona. A przynajmniej coś w tym stylu. I z tego tną plasterki i zajadają się na ciepło (z mikrofali). Dodatkowo nie jeżdżę na skuterze od 2 tygodni ze względu na stan zdrowia, ale za to mam nowy akumulator do niego, więc już nie będę musiał odpalać go z kopa! A to oznacza, że już mi sam skubany nie odjedzie :)
A poza tym to nic. Laptop dalej nie żyje, chińczyki nie potrafią go naprawić i mnie wkurzają, bo dzwonią tylko i zwiększają wycenę, więc dzisiaj im go zabieram. A tak to zupełnie nie mam pomysłu o czym wam napisać. Nie mam czego spostrzec ani się dowiedzieć, bo praca, pokój, praca, pokój nuuuuda! Ale byle do piątku, bo otóż w piątek wsiadamy w campervana i wyruszamy na 4,5 dnia na południe! I (dla jednej marudzącej Magdy), będą w końcu porządne zdjęcia, bo takie coś, którego efekty widzieliście do tej pory:
zamieniliśmy właśnie wczoraj na Canona 500D, czyli takie coś:
Tzn. nie do końca zamieniliśmy, bo teraz będą podróżowały oba, mały w sytuacje ekstramalne, duży w pozostałe :)
14 października 2010
Znieważenie godła Polski na wesoło
Muszę się z wami podzielić. Marek G. będzie wiedział o co chodzi. Dostałem od niego na imprezie pożegnalnej breloczek z "I love Poland" z jednej strony i godłem Polski z drugiej. Orzełek jak to orzełek, wszyscy go znamy. No i leży sobie ten orzełek na stole z moimi kluczami, przychodzi Jason patrzy, przygląda się i mówi (musi być po angielsku, bo jest bardziej śmieszne):
"Og My God mate, what happened to this chicken?".
W dowolnym tłumaczeniu "co się stało temu kurczakowi?". Pomimo chorego i bolącego gardła wybuchnąłem śmiechem i przez kolejne pół dnia nie mogłem się powstrzymać od śmiechu patrząc na breloczek. No bo musicie przyznać, że to nasze godło wygląda jak rozjechany kurczak!
A rozjechany kurczak wygląda tak. :)))
"Og My God mate, what happened to this chicken?".
W dowolnym tłumaczeniu "co się stało temu kurczakowi?". Pomimo chorego i bolącego gardła wybuchnąłem śmiechem i przez kolejne pół dnia nie mogłem się powstrzymać od śmiechu patrząc na breloczek. No bo musicie przyznać, że to nasze godło wygląda jak rozjechany kurczak!
A rozjechany kurczak wygląda tak. :)))
Choruje, pracuje, w pracy się opierdala
Z tą chorobą to chyba nie tak chop siup. W weekend już wszystko było ok, pojechaliśmy na tą plażę, na której piździło jak 150 i to był zły pomysł. W poniedziałek jeszcze ok, wieczorem ból gardła a we wtorek całkowity nawrót... I tak połykam kolejne antybiotyki, ale chodzę do pracy, bo szkoda mi marnować moich dni chorobowych to raz, a dwa, że w domu jak się choruje to jest cholernie nudno. No bo nawet na ogródek nie można wyjść, bo pogoda wiosenna nie rozpieszcza w tym tygodniu (konkretnie strasznie wieje).
No więc chodzę sobie do pracy, nudzę się w niej jak nie wiem co, nie ma dla mnie roboty, bo co dostanę to zrobię w pół dnia i znów muszę czekać na grafików i projektantów. Tutaj naprawdę wszyscy wszystko robią na pół gwizdka. A ja drugie pół gwizdka się nudzę, toteż biję rekordy w grach na FB. Co chwilę przychodzi do mnie szef i opowiada jak to strasznie dużo roboty nie mamy a ja tylko kiwam głową. Niby na potwierdzenie, a tak naprawdę z politowania. Najgorsza rzecz na świecie - nudzić się w pracy. Bo jeszcze w domu coś można by wymyślić (o ile jest się zdrowym oczywiście), a tu ani wyjść wcześniej ani nic. Może zacznę filmy oglądać.
Do tego dochodzi ta cholerna choroba i ból gardła, która powoduje, że od kilku dni jestem w kiepskim humorze. No bo ile można chorować. Już jestem zmęczony tym bólem gardła, tym kaszlem... GRRR! Denerwuje mnie to.
Plus jest taki, że można spokojnie napisać, że w pracy się opierdalam, bo pracodawca nawet jak tu trafi, to nie bardzo zrozumie :) A poziom znajomości technologii IT w firmie mam taki, że w życiu nie posądziłbym kogoś o użycie google chrome-a i tłumacza stron. Co jest zresztą dosyć denerwujące, jeśli podstawowe rzeczy trzeba po 3 razy tłumaczyć tej samej osobie, bo ona nie rozumie.
Dobra zmykam poczytać starych przyjaciół z Onetu... Macie jakieś pomysły co robić, żeby się nie nudzić w pracy?
No więc chodzę sobie do pracy, nudzę się w niej jak nie wiem co, nie ma dla mnie roboty, bo co dostanę to zrobię w pół dnia i znów muszę czekać na grafików i projektantów. Tutaj naprawdę wszyscy wszystko robią na pół gwizdka. A ja drugie pół gwizdka się nudzę, toteż biję rekordy w grach na FB. Co chwilę przychodzi do mnie szef i opowiada jak to strasznie dużo roboty nie mamy a ja tylko kiwam głową. Niby na potwierdzenie, a tak naprawdę z politowania. Najgorsza rzecz na świecie - nudzić się w pracy. Bo jeszcze w domu coś można by wymyślić (o ile jest się zdrowym oczywiście), a tu ani wyjść wcześniej ani nic. Może zacznę filmy oglądać.
Do tego dochodzi ta cholerna choroba i ból gardła, która powoduje, że od kilku dni jestem w kiepskim humorze. No bo ile można chorować. Już jestem zmęczony tym bólem gardła, tym kaszlem... GRRR! Denerwuje mnie to.
Plus jest taki, że można spokojnie napisać, że w pracy się opierdalam, bo pracodawca nawet jak tu trafi, to nie bardzo zrozumie :) A poziom znajomości technologii IT w firmie mam taki, że w życiu nie posądziłbym kogoś o użycie google chrome-a i tłumacza stron. Co jest zresztą dosyć denerwujące, jeśli podstawowe rzeczy trzeba po 3 razy tłumaczyć tej samej osobie, bo ona nie rozumie.
Dobra zmykam poczytać starych przyjaciół z Onetu... Macie jakieś pomysły co robić, żeby się nie nudzić w pracy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)