Mieliśmy wczoraj wieczorem siąść i opisać wycieczkę do muzeum ale się popsuło. Najstarsza córka Lindy (ta w 9 miesiącu ciąży) miała wczoraj wypadek i wylądowała w szpitalu. Na razie nic nie wiem, bo dziewczyny wróciły do domu jakoś nad ranem jak je słyszałem a teraz jestem w pracy.
Z najświeższych informacji - wczoraj koleś odwołał spotkanie, ponieważ kogoś znalazł na miejsce, więc jesteśmy zawiedzeni i dzisiaj umawiamy się o 13 z drugim kolesiem. Co i jak damy znać wieczorem.
czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
21 grudnia 2010
20 grudnia 2010
Ciągle pada
Dosłownie. Od 3, może 4 dni pada bez przerwy. W dodatku wcale nie jest zimno, bo utrzymuje się temperatura w okolicach 22 stopni. Powoduje to, że żyjemy w darmowej saunie. Nie zraziło to nas jednak do kolejnej sobotniej przygody.
Zacznę jednak od imprezy świątecznej. Impreza zaczęła się od przemówienia szefostwa, które uznało rok za całkiem niezły jak na kryzys światowy i jedną z najbardziej dotkniętych dziedzin - reklamę. Mimo wszystko wyszliśmy na plus i z optymizmem patrzymy w przyszłość. Gadka jaką każdy szef w każdej firmie zapewne wygłasza ;) Potem mały poczęstunek i... wódka! :) Przyniosłem obiecaną wódkę, na wszelki wypadek również sok i colę, coby niektórzy nie pomdleli i rozlałem butelkę wśród ludzi. Jedynie 3 osoby odważyły napić się "po polsku" czyli czystą przegryzając ogóreczkiem, który również zapewniłem :) Niestety nikomu nie przypadło do gustu i zostałem określony jako "nienormalny" i "szalony" po tym jak wypiłem 2 setki na ich oczach i stałem dalej na nogach. I byłem w stanie jeszcze pójść na lunch świąteczny. Cóż, pić wódki z kiwusami się nie da :)
Wyszliśmy (w deszczu oczywiście) o 1.30 z pracy. W restauracji "Euro" w porcie mieliśmy zarezerwowany stolik. Każdy dostał menu i mógł zamawiać co chciał i jak chciał bez oporów. Zamówienia były różne, ale wszyscy zgodnie zamknęli się w trzech... kursach? (jak to się mówi po polsku?), czyli entre, głównym daniu i deserze. W moim przypadku więc na entre był mały kawałek pieczonej kaczki wraz z malutkimi naleśnikami, warzywami i 4 sosami, z których robiło się malutkie naleśniki, takie dosłownie na 2 gryzy. Gdyby zresztą nie kolega, nie wiedziałbym jak się za to zabrać, tak często goszczę w luksusowych restauracjach ;). Na główne danie dostałem gruby i soczysty stek, zaś na stole pojawiły się przeróżne warzywa grillowane oraz gotowane, w tym papryczki, ziemniaki, frytki, pomidorki itd. Na deser na koniec ciasto czekoladowe z lodami, które po przecięciu rozpływało się... MNIAM! Wszystko przepyszne, popijane dużą ilością piw i drinków. Mógłbym tak codziennie. Jest tylko jeden szkopuł. Otóż tak na oko koszt na jedną osobę takiego "skromnego" posiłku w luksusowej restauracji to bagatela ok 150$! Ile trzeba zarabiać, żeby wyskakiwać do Euro na lunch he?
Oprócz jedzonka było mnóstwo rozmów, dyskusji i historii. Było bardzo zabawnie i muszę przyznać, że taka "wigilia firmowa" jest dużo przyjemniejsza od korporacyjnej. Z prostego powodu - każdy czuje się częścią imprezy, każdy z każdym rozmawia i jakoś tak jest rodzinnie, kiedy przy stole jest 12 osób. W przypadku korpo, jakoś tak niknie się w tłumie. Owszem, zamieni się zdanie z 40 osobami, ale mimo wszystko jakoś tak dziko... Dlatego lepiej od korporacyjnych wigilii wspominam korporacyjne powigilie w krakowskiej Pozytywce, którą serdecznie polecam do odwiedzenia każdemu turyście i nieturyście :) (miało być naturyście, ale się poprawiłem).
Piątek minął w pracy na pałętaniu się w jedną i drugą stronę, dokańczaniu historii dnia poprzedniego i robieniu wszystkiego byle nie pracowaniu, czyli trzeźwiejemy w pracy :)
Przyszła sobota i przyszedł wypad do muzeum. Wypad do muzeum opiszemy wspólnie wieczorem, ponieważ jest dużo zdjęć do opisania. Muzeum rewelacyjne, miejsce którego nie powinien ominąć żaden turysta odwiedzający Auckland. Żeby było zabawnie dla miejscowych (czyt. płacących podatki :) ) muzeum jest za darmo. Mimo wszystko zapłaciliśmy 20$ darowizny na rzecz muzeum, które jest olbrzymie i nieporównywalne do żadnego z Polskich muzeów, które widziałem.
Po muzeum odwiedziliśmy restaurację bardziej nam bliską ;) czyli chińskie BBQ. Na kolację była kopa pieczonych żeberek i świnka z grzybkami. Ciekawostka natomiast (coś nowego!) o samych chińczykach. Wchodzimy do restauracji, siadamy, przychodzi do nas pani zapytać o zamówienie. Pytam, czy mają skrzydełka kurczaka? Pani robi wielkie oczy i woła koleżankę. Koleżanka pyta jeszcze raz, więc ponawiam "czy macie skrzydełka kurczaka?". Pani odpowiada, że nie a następnie po chińsku tłumaczy koleżance. Wyobrażacie sobie? Ta kelnerka po prostu nie rozumiała na tyle po angielsku, żeby zrozumieć "chicken wings"! To już przekracza jakiekolwiek granice... DRAMAT!
A dzisiaj? Dzisiaj idziemy na piwo. Idziemy na piwo z potencjalnym przyszłym współlokatorem. Nie jest może to najtańsza opcja, bo podniesie nam tygodniowe opłaty (nawet odliczając dojazd), za to "troszkę" podniesie nam komfort, bo oto z południowych przedmieść zamierzamy wprowadzić się do samego centrum, do bloku około 500 metrów od mojej pracy, który ma wliczone w cenę wejście do osiedlowego basenu, siłowni, sauny i kortu tenisowego :) Nasz potencjalny przyszły współlokator jest również człowiekiem od IT i sam wprowadza się tam dopiero 8 stycznia. Na razie jednak się poznajemy i zobaczymy, czy przypadniemy sobie do gustu. Trzymajcie kciuki i do wieczora.
Zacznę jednak od imprezy świątecznej. Impreza zaczęła się od przemówienia szefostwa, które uznało rok za całkiem niezły jak na kryzys światowy i jedną z najbardziej dotkniętych dziedzin - reklamę. Mimo wszystko wyszliśmy na plus i z optymizmem patrzymy w przyszłość. Gadka jaką każdy szef w każdej firmie zapewne wygłasza ;) Potem mały poczęstunek i... wódka! :) Przyniosłem obiecaną wódkę, na wszelki wypadek również sok i colę, coby niektórzy nie pomdleli i rozlałem butelkę wśród ludzi. Jedynie 3 osoby odważyły napić się "po polsku" czyli czystą przegryzając ogóreczkiem, który również zapewniłem :) Niestety nikomu nie przypadło do gustu i zostałem określony jako "nienormalny" i "szalony" po tym jak wypiłem 2 setki na ich oczach i stałem dalej na nogach. I byłem w stanie jeszcze pójść na lunch świąteczny. Cóż, pić wódki z kiwusami się nie da :)
Wyszliśmy (w deszczu oczywiście) o 1.30 z pracy. W restauracji "Euro" w porcie mieliśmy zarezerwowany stolik. Każdy dostał menu i mógł zamawiać co chciał i jak chciał bez oporów. Zamówienia były różne, ale wszyscy zgodnie zamknęli się w trzech... kursach? (jak to się mówi po polsku?), czyli entre, głównym daniu i deserze. W moim przypadku więc na entre był mały kawałek pieczonej kaczki wraz z malutkimi naleśnikami, warzywami i 4 sosami, z których robiło się malutkie naleśniki, takie dosłownie na 2 gryzy. Gdyby zresztą nie kolega, nie wiedziałbym jak się za to zabrać, tak często goszczę w luksusowych restauracjach ;). Na główne danie dostałem gruby i soczysty stek, zaś na stole pojawiły się przeróżne warzywa grillowane oraz gotowane, w tym papryczki, ziemniaki, frytki, pomidorki itd. Na deser na koniec ciasto czekoladowe z lodami, które po przecięciu rozpływało się... MNIAM! Wszystko przepyszne, popijane dużą ilością piw i drinków. Mógłbym tak codziennie. Jest tylko jeden szkopuł. Otóż tak na oko koszt na jedną osobę takiego "skromnego" posiłku w luksusowej restauracji to bagatela ok 150$! Ile trzeba zarabiać, żeby wyskakiwać do Euro na lunch he?
Oprócz jedzonka było mnóstwo rozmów, dyskusji i historii. Było bardzo zabawnie i muszę przyznać, że taka "wigilia firmowa" jest dużo przyjemniejsza od korporacyjnej. Z prostego powodu - każdy czuje się częścią imprezy, każdy z każdym rozmawia i jakoś tak jest rodzinnie, kiedy przy stole jest 12 osób. W przypadku korpo, jakoś tak niknie się w tłumie. Owszem, zamieni się zdanie z 40 osobami, ale mimo wszystko jakoś tak dziko... Dlatego lepiej od korporacyjnych wigilii wspominam korporacyjne powigilie w krakowskiej Pozytywce, którą serdecznie polecam do odwiedzenia każdemu turyście i nieturyście :) (miało być naturyście, ale się poprawiłem).
Piątek minął w pracy na pałętaniu się w jedną i drugą stronę, dokańczaniu historii dnia poprzedniego i robieniu wszystkiego byle nie pracowaniu, czyli trzeźwiejemy w pracy :)
Przyszła sobota i przyszedł wypad do muzeum. Wypad do muzeum opiszemy wspólnie wieczorem, ponieważ jest dużo zdjęć do opisania. Muzeum rewelacyjne, miejsce którego nie powinien ominąć żaden turysta odwiedzający Auckland. Żeby było zabawnie dla miejscowych (czyt. płacących podatki :) ) muzeum jest za darmo. Mimo wszystko zapłaciliśmy 20$ darowizny na rzecz muzeum, które jest olbrzymie i nieporównywalne do żadnego z Polskich muzeów, które widziałem.
Po muzeum odwiedziliśmy restaurację bardziej nam bliską ;) czyli chińskie BBQ. Na kolację była kopa pieczonych żeberek i świnka z grzybkami. Ciekawostka natomiast (coś nowego!) o samych chińczykach. Wchodzimy do restauracji, siadamy, przychodzi do nas pani zapytać o zamówienie. Pytam, czy mają skrzydełka kurczaka? Pani robi wielkie oczy i woła koleżankę. Koleżanka pyta jeszcze raz, więc ponawiam "czy macie skrzydełka kurczaka?". Pani odpowiada, że nie a następnie po chińsku tłumaczy koleżance. Wyobrażacie sobie? Ta kelnerka po prostu nie rozumiała na tyle po angielsku, żeby zrozumieć "chicken wings"! To już przekracza jakiekolwiek granice... DRAMAT!
A dzisiaj? Dzisiaj idziemy na piwo. Idziemy na piwo z potencjalnym przyszłym współlokatorem. Nie jest może to najtańsza opcja, bo podniesie nam tygodniowe opłaty (nawet odliczając dojazd), za to "troszkę" podniesie nam komfort, bo oto z południowych przedmieść zamierzamy wprowadzić się do samego centrum, do bloku około 500 metrów od mojej pracy, który ma wliczone w cenę wejście do osiedlowego basenu, siłowni, sauny i kortu tenisowego :) Nasz potencjalny przyszły współlokator jest również człowiekiem od IT i sam wprowadza się tam dopiero 8 stycznia. Na razie jednak się poznajemy i zobaczymy, czy przypadniemy sobie do gustu. Trzymajcie kciuki i do wieczora.
16 grudnia 2010
Oszustwa i potwór!
Jak ma być sensacyjnie to dzisiaj będzie :)
Otóż zostałem oszukany! Jestem ofiarą wielkiego spisku na moją osobę! Julia właśnie dostała wizę. Nie zezwolenie na pracę a wizę pracowniczą! Ale od początku.
Z różnych powodów, dopiero około 16 listopada mogliśmy złożyć papiery na jej zezwolenie na pracę. Oddaliśmy całą teczkę dokumentów i cierpliwie czekamy. Według informacji, sprawa miała zająć tyle samo co moja, czyli około 60 dni. Kilka dni temu przychodzi przesyłka do domu. Julia otwiera i drżącymi rękami przewraca kartki, bo nie może znaleźć nic odróżniającego się od reszty. Dochodzi do ostatniej strony i jest! Wiza pracownicza! Dzwoni do mnie, cieszy się i jest super.
Przychodzę do domu, zaglądam do tej wizy i co? I czuję się oszukany!!! Jeśli ja biedny, dostałem zezwolenie na pracę na 3 lata, które wygasa z momentem przekroczenia granicy (czyli notabene nigdzie nie mogę wyjeżdżać bez pytania immigration), dostałem na jednego pracodawcę na te 3 lata, to kurde powinna dostać coś podobnego nie??? DUPA! Dostała "multiple entry visa", czyli może sobie wyjeżdżać ile chce i gdzie chce, dostała "open visa", czyli może sobie pracować gdzie chce i kiedy chce i przede wszystkim dostała ją w 4 tygodnie!!! No kurde i gdzie tu jest sprawiedliwość?! To ja się męczę z tymi papierami a jej tak łatwo poszło??? Czuję się zazdrosny i uważam, że jestem ofiarą wielkiego spisku w immigration przeciwko mnie! GRRRR!
Z tych nerwów zamieniłem się w potwora :) Tzn, nie dokładnie z nerwów, chociaż to też. Otóż pamiętacie moje opalanie w weekend? Opalałem się jak dziki, nawet się smarując na twarzy, żeby więcej flagi austriackiej nie przypominać. I co? I grrr znów! Posmarowałem całą twarz, tylko nie dokładnie! Efektem tego schodzi mi skóra z twarzy tylko w prawym górnym rogu czoła... Wyglądam co najmniej dziwnie, bo całą twarz mam taką lekko brązową a w prawym górnym rogu przy włosach mam coraz większą białą plamę. Myślicie, że gdybym się pokazał w przedszkolu to dzieci by uciekły?
Dzisiaj za to jest dzień picia i jedzenia. Mamy firmowy iksmas lancz, czyli świąteczne jedzenie i picie po nowozelandzku. Jak to wygląda, opowiem wam zapewne w weekend, bo nie przewiduję, że do jutra wytrzeźwieję na tyle, żeby pracować i jednocześnie mieć wenę twórczą :) W każdym układzie, aby przynieść trochę polskiej tradycji do Nowej Zelandii, przytachałem do pracy wódkę :) I ogórki. Co prawda korniszony, ale lepszy rydz niż nic... O kurcze, a taki rydz marynowany... mmm...
W każdym układzie każdy w firmie już wie, że nie wypuszczę go na lunch świąteczny bez napicia się jednego kielonka po polsku. Bo tutaj nikt nigdy nie słyszał i nie próbował picia wódki czystej! Zobaczymy jakie będą efekty, ale na pewno zabawne :)
Na koniec najnowsze odkrycie, po części za pomocą polskiego kolegi, po części później za pomocą googla. Od wczoraj Polska stała się "troszkę" bliższa.
AAAaaa i jeszcze dowcip z dowcipu! :) Wczoraj w TV na kabarecie nowozelandzkim, koleś opowiedział dowcip:
A wiecie, że Nowa Zelandia, w trakcie II wojny światowej, wypowiedziała jako pierwsza na świecie wojnę Niemcom?
...
Bo jesteśmy 12 godzin do przodu!
Wszyscy się śmiali, tylko jest jeden szkopuł. Kto wie jaki? :)
Otóż zostałem oszukany! Jestem ofiarą wielkiego spisku na moją osobę! Julia właśnie dostała wizę. Nie zezwolenie na pracę a wizę pracowniczą! Ale od początku.
Z różnych powodów, dopiero około 16 listopada mogliśmy złożyć papiery na jej zezwolenie na pracę. Oddaliśmy całą teczkę dokumentów i cierpliwie czekamy. Według informacji, sprawa miała zająć tyle samo co moja, czyli około 60 dni. Kilka dni temu przychodzi przesyłka do domu. Julia otwiera i drżącymi rękami przewraca kartki, bo nie może znaleźć nic odróżniającego się od reszty. Dochodzi do ostatniej strony i jest! Wiza pracownicza! Dzwoni do mnie, cieszy się i jest super.
Przychodzę do domu, zaglądam do tej wizy i co? I czuję się oszukany!!! Jeśli ja biedny, dostałem zezwolenie na pracę na 3 lata, które wygasa z momentem przekroczenia granicy (czyli notabene nigdzie nie mogę wyjeżdżać bez pytania immigration), dostałem na jednego pracodawcę na te 3 lata, to kurde powinna dostać coś podobnego nie??? DUPA! Dostała "multiple entry visa", czyli może sobie wyjeżdżać ile chce i gdzie chce, dostała "open visa", czyli może sobie pracować gdzie chce i kiedy chce i przede wszystkim dostała ją w 4 tygodnie!!! No kurde i gdzie tu jest sprawiedliwość?! To ja się męczę z tymi papierami a jej tak łatwo poszło??? Czuję się zazdrosny i uważam, że jestem ofiarą wielkiego spisku w immigration przeciwko mnie! GRRRR!
Z tych nerwów zamieniłem się w potwora :) Tzn, nie dokładnie z nerwów, chociaż to też. Otóż pamiętacie moje opalanie w weekend? Opalałem się jak dziki, nawet się smarując na twarzy, żeby więcej flagi austriackiej nie przypominać. I co? I grrr znów! Posmarowałem całą twarz, tylko nie dokładnie! Efektem tego schodzi mi skóra z twarzy tylko w prawym górnym rogu czoła... Wyglądam co najmniej dziwnie, bo całą twarz mam taką lekko brązową a w prawym górnym rogu przy włosach mam coraz większą białą plamę. Myślicie, że gdybym się pokazał w przedszkolu to dzieci by uciekły?
Dzisiaj za to jest dzień picia i jedzenia. Mamy firmowy iksmas lancz, czyli świąteczne jedzenie i picie po nowozelandzku. Jak to wygląda, opowiem wam zapewne w weekend, bo nie przewiduję, że do jutra wytrzeźwieję na tyle, żeby pracować i jednocześnie mieć wenę twórczą :) W każdym układzie, aby przynieść trochę polskiej tradycji do Nowej Zelandii, przytachałem do pracy wódkę :) I ogórki. Co prawda korniszony, ale lepszy rydz niż nic... O kurcze, a taki rydz marynowany... mmm...
W każdym układzie każdy w firmie już wie, że nie wypuszczę go na lunch świąteczny bez napicia się jednego kielonka po polsku. Bo tutaj nikt nigdy nie słyszał i nie próbował picia wódki czystej! Zobaczymy jakie będą efekty, ale na pewno zabawne :)
Na koniec najnowsze odkrycie, po części za pomocą polskiego kolegi, po części później za pomocą googla. Od wczoraj Polska stała się "troszkę" bliższa.
AAAaaa i jeszcze dowcip z dowcipu! :) Wczoraj w TV na kabarecie nowozelandzkim, koleś opowiedział dowcip:
A wiecie, że Nowa Zelandia, w trakcie II wojny światowej, wypowiedziała jako pierwsza na świecie wojnę Niemcom?
...
Bo jesteśmy 12 godzin do przodu!
Wszyscy się śmiali, tylko jest jeden szkopuł. Kto wie jaki? :)
14 grudnia 2010
Nędzne życie programisty
Programowanie w firmie, w której nikt się nie zna na tym co robisz, ma ogromną zaletę i ogromną wadę.
Zaletą jest to, że nikt Ci nie przeszkadza i ufa, że cokolwiek zrobisz, zrobisz to najlepiej.
Wadą natomiast to, że jeśli coś się spier... to zawsze jesteś winien, bez względu na okoliczności.
Jakkolwiek praca w Nowej Zelandii więc jest strasznie relaksująca i wyluzowana, tak dzisiaj zaliczyłem pierwszego stresa, spowodowanego tym, że coś się spierniczyło. Otóż, ze względu na nawał przedświątecznej pracy, nie przyłożyłem uwagi do wysyłanych kartek świątecznych klienta. Poniekąd również dlatego, że dostarczyli dane w przedziwnym formacie, z którym pół dnia walczyłem, żeby załadować do bazy danych. Tak czy siak, głowa przemęczona, chwila mniejszego skupienia i bah. Wysłałem do 1/3 ludzi maila bez podpisu, tzn wyszło z domyślnym podpisem, czyli moim. Nie jest to wielka afera, bo ten podpis na tle całego maila jest niewidoczny a i cała kartka jest ok. Ale Ci zauważyli i "trochę" się wkurzyli.
Problem w tym, że potem zaczęły się wynajdowania kolejnych problemów z kapelusza, część taka, która wynika z ich błędu i wszystko zwala się na mnie. No bo przecież przedtem też był błąd serwera, to teraz zapewne też jest błąd serwera.
Ogólnie od dłuższego czasu zauważyłem, że wszystkim bardzo łatwo zwalać winę na "komputery", "serwery" itp. No bo przecież to teoretycznie bezosobowo, a komputery zawsze są winne.
Cóż, dzisiaj na pewno, pomimo bardzo niepewnej pogody, będzie jogging dla odstresowania się :)
Zaletą jest to, że nikt Ci nie przeszkadza i ufa, że cokolwiek zrobisz, zrobisz to najlepiej.
Wadą natomiast to, że jeśli coś się spier... to zawsze jesteś winien, bez względu na okoliczności.
Jakkolwiek praca w Nowej Zelandii więc jest strasznie relaksująca i wyluzowana, tak dzisiaj zaliczyłem pierwszego stresa, spowodowanego tym, że coś się spierniczyło. Otóż, ze względu na nawał przedświątecznej pracy, nie przyłożyłem uwagi do wysyłanych kartek świątecznych klienta. Poniekąd również dlatego, że dostarczyli dane w przedziwnym formacie, z którym pół dnia walczyłem, żeby załadować do bazy danych. Tak czy siak, głowa przemęczona, chwila mniejszego skupienia i bah. Wysłałem do 1/3 ludzi maila bez podpisu, tzn wyszło z domyślnym podpisem, czyli moim. Nie jest to wielka afera, bo ten podpis na tle całego maila jest niewidoczny a i cała kartka jest ok. Ale Ci zauważyli i "trochę" się wkurzyli.
Problem w tym, że potem zaczęły się wynajdowania kolejnych problemów z kapelusza, część taka, która wynika z ich błędu i wszystko zwala się na mnie. No bo przecież przedtem też był błąd serwera, to teraz zapewne też jest błąd serwera.
Ogólnie od dłuższego czasu zauważyłem, że wszystkim bardzo łatwo zwalać winę na "komputery", "serwery" itp. No bo przecież to teoretycznie bezosobowo, a komputery zawsze są winne.
Cóż, dzisiaj na pewno, pomimo bardzo niepewnej pogody, będzie jogging dla odstresowania się :)
13 grudnia 2010
Opalanie szkodzi
Po weekendzie mogę jasno powiedzieć. Opalanie w Nowej Zelandii szkodzi :) Cały swędzę. Nie inaczej, swędzi mnie każdy element ciała. Pewnie powiecie - sam sobie winien. Otóż nie! Zjarałem się jak jajko sadzone, smarując się kremem 30! Dobrze, przyznam się, że może niedokładnie się spryskałem, ale mimo wszystko się spryskałem. Niestety nasze Polskie słoneczko to przy tym jest farelką ;)
Dodatkowo muszę powiedzieć, że opalanie w Nowej Zelandii po prostu boli! I to nie jest śmieszne. Nawet posmarowany kremem wystawiasz się na słońce i skóra po chwili pobytu na świetle zaczyna szczypać. Ja wiem, że mieszkam dokładnie pod dziurą ozonową, ale bez przesady! Nie mieszkam w piekarniku! A przynajmniej tak myślałem.
I tak jestem brązowo/biało/czerwony. Brązowe to stare, czerwone to świeże, białe to plamki bo grubszej warstwie kremu, ewentualnie po spodenkach.
Zastanawiam się również, czy można zmienić karnację? No bo pomyślmy sobie, że zamieszkuję w Australii, gdzie słońce świeci ogromną większość w ciągu roku. Osobiście opalam się ładnie na brązowo, ale jak długo nie wychodzę na pole (sorry Warszawiacy, NA POLE! :) ) czytaj w zimie, to robię się biały. No ale zakładamy, że zamieszkuję Australię, opalam się na brązowo i utrzymuję tą opaleniznę cały rok. I tak dajmy na to przez 5 lat. Czy jak wyjadę z powrotem do Polski i będzie zima to zrobię się biały? Pytanie za 100 punktów :)
A i ciekawostka! Z rozmów w pracy - jak działa opalenizna :) Możecie przeczytać sobie na Wikipedii, natomiast ciekawostka, która mnie zafascynowała to taka, że prawdziwa opalenizna wychodzi dopiero po 72 godzinach. Do tego czasu ma się opaleniznę "tymczasową" :) polegającą na uszkodzeniu komórek przez słońce.
Jak już wiecie weekend minął na opalaniu. I na grillu. Byliśmy z naszymi znajomymi na grillu. Oczywiście super imprezka, oczywiście kupa jedzonka i świetna atmosfera. Natomiast chciałem wam opowiedzieć o ciekawej grze. Graliśmy w grę (podobno szwajcarska), polegającą na strącaniu patykami inne patyki :) Brzmi to prześmiesznie i wierzcie mi, jak mi tłumaczyli zasady, też nie mogłem się nadziwić jak można w to grać. A jednak grałem, wciąga cholernie i zagrałbym jeszcze :)
Wygląda to tak, że układa się 6 klocków po swojej stronie a przeciwnik ustawia 6 klocków po swojej. W ręce mamy 6 około 30cm grubych patyków, którymi rzucamy do klocków, żeby je przewrócić. Te które przewrócimy, przeciwnik rzuca na naszą stronę i musi sam przewrócić, zanim zacznie zbijać moje klocki. Potem ja muszę przerzucić wszystkie przewrócone na jego stronę, potem... Wygląda to skomplikowanie ale w rzeczywistości nie jest. Jest bardzo zabawnie i świetnie nadaje się do gry w grupie (2 vs 2). Jak się tylko dowiem jak to się nazywa, to wam powiem.
Na koniec dowcip tygodnia :) Dzwonię do cioci i wujka (pozdrowienia) i pytam czy głosowali w wyborach na prezydenta Krakowa. Powiedzieli, że tak. Pytam na kogo? Odpowiadają "na Majchrowskiego". Pytam dlaczego akurat na niego? "A bo jeden drugiego wart. Majchrowski co się miał nakraść, to nakradł. Przyjdzie nowy i zacznie kraść na nowo, więc Majchrowski to mniejsze zło" :) Coś w tym jest, tylko dlaczego ta historia nie ma końca, ktokolwiek byłby na liście wyborczej?
Dodatkowo muszę powiedzieć, że opalanie w Nowej Zelandii po prostu boli! I to nie jest śmieszne. Nawet posmarowany kremem wystawiasz się na słońce i skóra po chwili pobytu na świetle zaczyna szczypać. Ja wiem, że mieszkam dokładnie pod dziurą ozonową, ale bez przesady! Nie mieszkam w piekarniku! A przynajmniej tak myślałem.
I tak jestem brązowo/biało/czerwony. Brązowe to stare, czerwone to świeże, białe to plamki bo grubszej warstwie kremu, ewentualnie po spodenkach.
Zastanawiam się również, czy można zmienić karnację? No bo pomyślmy sobie, że zamieszkuję w Australii, gdzie słońce świeci ogromną większość w ciągu roku. Osobiście opalam się ładnie na brązowo, ale jak długo nie wychodzę na pole (sorry Warszawiacy, NA POLE! :) ) czytaj w zimie, to robię się biały. No ale zakładamy, że zamieszkuję Australię, opalam się na brązowo i utrzymuję tą opaleniznę cały rok. I tak dajmy na to przez 5 lat. Czy jak wyjadę z powrotem do Polski i będzie zima to zrobię się biały? Pytanie za 100 punktów :)
A i ciekawostka! Z rozmów w pracy - jak działa opalenizna :) Możecie przeczytać sobie na Wikipedii, natomiast ciekawostka, która mnie zafascynowała to taka, że prawdziwa opalenizna wychodzi dopiero po 72 godzinach. Do tego czasu ma się opaleniznę "tymczasową" :) polegającą na uszkodzeniu komórek przez słońce.
Jak już wiecie weekend minął na opalaniu. I na grillu. Byliśmy z naszymi znajomymi na grillu. Oczywiście super imprezka, oczywiście kupa jedzonka i świetna atmosfera. Natomiast chciałem wam opowiedzieć o ciekawej grze. Graliśmy w grę (podobno szwajcarska), polegającą na strącaniu patykami inne patyki :) Brzmi to prześmiesznie i wierzcie mi, jak mi tłumaczyli zasady, też nie mogłem się nadziwić jak można w to grać. A jednak grałem, wciąga cholernie i zagrałbym jeszcze :)
Wygląda to tak, że układa się 6 klocków po swojej stronie a przeciwnik ustawia 6 klocków po swojej. W ręce mamy 6 około 30cm grubych patyków, którymi rzucamy do klocków, żeby je przewrócić. Te które przewrócimy, przeciwnik rzuca na naszą stronę i musi sam przewrócić, zanim zacznie zbijać moje klocki. Potem ja muszę przerzucić wszystkie przewrócone na jego stronę, potem... Wygląda to skomplikowanie ale w rzeczywistości nie jest. Jest bardzo zabawnie i świetnie nadaje się do gry w grupie (2 vs 2). Jak się tylko dowiem jak to się nazywa, to wam powiem.
Na koniec dowcip tygodnia :) Dzwonię do cioci i wujka (pozdrowienia) i pytam czy głosowali w wyborach na prezydenta Krakowa. Powiedzieli, że tak. Pytam na kogo? Odpowiadają "na Majchrowskiego". Pytam dlaczego akurat na niego? "A bo jeden drugiego wart. Majchrowski co się miał nakraść, to nakradł. Przyjdzie nowy i zacznie kraść na nowo, więc Majchrowski to mniejsze zło" :) Coś w tym jest, tylko dlaczego ta historia nie ma końca, ktokolwiek byłby na liście wyborczej?
Kontrowersyjnie
Dziś podburzymy tłumy, bo będę wyrażał swoje bardzo kontrowersyjne zdanie :)
Czytam dużo o tym kolesiu z Wikileaks. Nawet nie wiem jak on się nazywa i nie bardzo mnie to interesuje. Pytanie - czy ten człowiek robi dobrze?
No bo tak. Niby internet to otwarte medium i wolno wyrażać dowolne zdanie na dowolny temat. Internet nie ma ograniczeń i nikogo (teoretycznie) nie da się zablokować. I znajduje się taki jeden człek, który umieszcza tam tajne informacje wyciekające głównie z rządu amerykańskiego.
Zamieszcza on na tych swoich stronach przeróżne notki dyplomatyczne. Podobno wszystkie z dopiskiem tajne, ale żadna z dopiskiem ściśle tajne. Część z nich zawiera tylko głupie określenia na innych rządzących, część mniejsze lub większe kontrowersje. I tu oficjalnie orzekam: mam to w d. jak kto kogo nazywa i jak się o kim wyraża.
Problem w tym, że w tych samych notkach jest lista strategicznych celów USA, które to stany zjednoczone uważają za kluczowe w bezpieczeństwie swojego kraju. Ja bym dodał, (po liście wymienionych), że jest to lista celów kluczowych dla bezpieczeństwa większości świata. I teraz ujawniając taką listę, zaznaczamy krzyżyki na mapie terrorystom. Bo co im więcej potrzeba? Materiałów wybuchowych zapewne mają dużo a mając tak ogromną listę są w stanie uderzyć gdzie chcą.
Przesadzam? Może, ale zapewne z niejednego się śmiano, kiedy ostrzegał przed atakami 11 września. Nie chcę prorokować ani złowieszczyć, ale ten człowiek z Wikileaks po prostu przekroczył pewną granicę, która powoduje, że następni po nim nie będą mieli skrupułów. I dlatego moim zdaniem człowiek ten powinien zostać ukarany. Jak? Przykładnie, na równi z osądzaniem szpiegów w USA, w co wlicza się dożywocie.
Drastycznie? Nie! Bo taki koleś będzie chodził sobie po świecie i zachęcał do przecieków coraz więcej żołnierzy. A wiemy, że w wojsku zawsze znajdzie się czarna owca, która dla sławy i (nie oszukujmy się) pieniędzy dorzuci parę notatek. I co jeśli w jednej z nich będzie lokalizacja amerykańskich instalacji nuklearnych? A co jeśli w jednej z nich będzie ujawniony plan ataku na Koreę Północną na dzień przed atakiem? Dla mnie taki portal jak Wikileaks powinien zostać międzynarodowo zakazany i potępiony na równi ze stronami pedofilskimi. I możecie krzyczeć w komentarzach, wstawiać się za tym kolesiem, ale dla mnie (kontrowersyjnie) jest on psycholem zagrażającym światu.
Czytam dużo o tym kolesiu z Wikileaks. Nawet nie wiem jak on się nazywa i nie bardzo mnie to interesuje. Pytanie - czy ten człowiek robi dobrze?
No bo tak. Niby internet to otwarte medium i wolno wyrażać dowolne zdanie na dowolny temat. Internet nie ma ograniczeń i nikogo (teoretycznie) nie da się zablokować. I znajduje się taki jeden człek, który umieszcza tam tajne informacje wyciekające głównie z rządu amerykańskiego.
Zamieszcza on na tych swoich stronach przeróżne notki dyplomatyczne. Podobno wszystkie z dopiskiem tajne, ale żadna z dopiskiem ściśle tajne. Część z nich zawiera tylko głupie określenia na innych rządzących, część mniejsze lub większe kontrowersje. I tu oficjalnie orzekam: mam to w d. jak kto kogo nazywa i jak się o kim wyraża.
Problem w tym, że w tych samych notkach jest lista strategicznych celów USA, które to stany zjednoczone uważają za kluczowe w bezpieczeństwie swojego kraju. Ja bym dodał, (po liście wymienionych), że jest to lista celów kluczowych dla bezpieczeństwa większości świata. I teraz ujawniając taką listę, zaznaczamy krzyżyki na mapie terrorystom. Bo co im więcej potrzeba? Materiałów wybuchowych zapewne mają dużo a mając tak ogromną listę są w stanie uderzyć gdzie chcą.
Przesadzam? Może, ale zapewne z niejednego się śmiano, kiedy ostrzegał przed atakami 11 września. Nie chcę prorokować ani złowieszczyć, ale ten człowiek z Wikileaks po prostu przekroczył pewną granicę, która powoduje, że następni po nim nie będą mieli skrupułów. I dlatego moim zdaniem człowiek ten powinien zostać ukarany. Jak? Przykładnie, na równi z osądzaniem szpiegów w USA, w co wlicza się dożywocie.
Drastycznie? Nie! Bo taki koleś będzie chodził sobie po świecie i zachęcał do przecieków coraz więcej żołnierzy. A wiemy, że w wojsku zawsze znajdzie się czarna owca, która dla sławy i (nie oszukujmy się) pieniędzy dorzuci parę notatek. I co jeśli w jednej z nich będzie lokalizacja amerykańskich instalacji nuklearnych? A co jeśli w jednej z nich będzie ujawniony plan ataku na Koreę Północną na dzień przed atakiem? Dla mnie taki portal jak Wikileaks powinien zostać międzynarodowo zakazany i potępiony na równi ze stronami pedofilskimi. I możecie krzyczeć w komentarzach, wstawiać się za tym kolesiem, ale dla mnie (kontrowersyjnie) jest on psycholem zagrażającym światu.
7 grudnia 2010
Idą święta, więc będzie bałagan we wpisie
Chociaż w ogóle tego nie widać. Że idą święta oczywiście! Wchodzę na Facebooka a tam co drugi komentarz "zasypało mnie", albo "tkwię w korku bo pługi nie nadążają". A u mnie obecnie jest prawie 25 stopni. Ciekawe doświadczenie. Na pewno będzie brakowało 2 rzeczy - śniegu oraz pierwszej gwiazdki! No tak, przecież mamy środek lata, więc wigilijnej kolacji raczej nie będziemy zaczynali o 11 w nocy, żeby tą pierwszą gwiazdkę dojrzeć :)
W każdym układzie dzisiaj poleciała dawka kartek świątecznych. Zapewne gdyby poczta Nowozelandzka sprzedawała wysyłki kartek na wagę, było by taniej. Niestety te kilkanaście (czy nawet kilkadziesiąt?! przyznam, że nie ja wysyłałem, więc nie wiem ile dokładnie ich było) trzeba było wysłać jedna po drugiej. Trzeba było je też wszystkie napisać. Zabawne, że w Polsce jakoś ciężko mi przychodziło wysyłanie kartek z jakiejkolwiek okazji.
Dzisiaj przy tej okazji kilka ciekawostek. W przeciwieństwie do naszych świąt tutaj (co oczywiste) wyprzedaże dotyczą wszelkiego sprzętu letniego. I tak zapewne w najbliższym czasie zakupimy na promocji namiot na zbliżającą się wycieczkę noworoczną i kilka przydatnych akcesoriów. Z ciekawostek cenowych warto również dodać, że chleb warto kupować wieczorami. Nowozelandczycy zapewne wyjeżdżają o 6 rano do sklepu po śniadanie (już to widzę LOL!) i kupują świeży chleb, bo inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tej zależności. Otóż chleb ok 6 wieczorem można kupić za połowę taniej niż rano. Ale tylko ten nie foliowany. Tamten uznajemy za wiecznie świeży, bo przecież w folii prawda?
Chwaliłem się też, że dostałem pierwszy Nowozelandzki mandat. Ci co mnie znają zapewne się nie dziwią, bo należę do tych szurniętych ludzi, którzy są chorzy jak sobie nie docisną. No i nie mam samochodu, a mam już mandat za przekroczenie... uwaga... 8km/h! Zostałem sfotografowany przy szalonej prędkości 58km/h jadąc campervanem przez miasto. Dostałem również szalony mandat w wysokości 30$ - to mniej niż w Polsce wynosi najniższy mandat...
Ogólnie przepisy tutaj są szurnięte. Nie wiem czy wam mówiłem, ale jest tutaj taki przepis (pamiętajcie, że jeździmy po drugiej stronie), że skręcający w prawo mają pierwszeństwo przed tymi skręcającymi w lewo. Jest to zupełnie bez sensu i z tego co sami Nowozelandczycy mówią, to jest jedyny kraj na świecie z takim przepisem. Po co? Niby nie blokujesz ruchu jak Cię przepuści ten, którego pas przecinasz, ale z drugiej strony to tamten blokuje ruch, więc gdzie sens i logika?
I jeszcze ponarzekam na ruch pieszy. Ja wiem, że Nowozelandczycy strasznie lubują się w jeździe samochodem i są chorzy jak muszą pójść do sklepu na nogach 50m (szczerze powiedziawszy nie poznałem tu jeszcze takiego człowieka, który by tyle przeszedł do sklepu!). Wiem też, że wszystkie przepisy są skierowane przeciw ruchowi pieszemu (np światło zielone dla pieszych które pali się około 2-3 sekund). Ale ostatnio wszystko przekroczyło swoje granice, kiedy w Henderson wyszedłem ze stacji i na pasach mam ogromny znak "pieszy! przepuść ruch samochodowy!". Wyobrażacie sobie? Jeśli wcześniejsze uwagi można nazwać szczytem, to to nawet nie jest szczyt szczytów, to jest kosmos! No i Nowa Zelandia to ten kraj, który dba o środowisko tak? Jaaaasne...
Złośliwość pogody nie pozwoliła nigdzie się ruszyć w weekend, więc podróżniczych wpisów nie będzie tymczasowo, chociaż ciągle gryzie mnie sumienie, że nie dokończyłem nigdy tego wpisu o 5 dniowej wycieczce. Kiedyś to zrobię i mnie rozgrzeszycie na pewno prawda? Są za to zdjęcia z nowego aparatu testujące możliwości, bo był czas i były okoliczności. Więc sobie poklikałem kilka roślinek. Muszę przyznać, że całkiem niezłe te zdjęcia wyszły. To jeszcze nie to co lustrzanka z filmem (tak, tak jestem psychopatycznym tradycjonalistą fotograficznym), ale jakość powoli się zbliża.
Na koniec POZDROWIENIA DLA POLSKICH URZĘDNIKÓW! A szczególnie jednej urzędniczki w Skale (woj. małopolskie). Otóż szanowna pani (jak to urzędnicy Polscy), mądrzejsza od notariusza, nie uznaje "pełnego pełnomocnictwa" jakie ma mój tata na mnie i postanowiła, że mnie nie wymelduje z kraju. Tak więc ciałem jestem w Nowej Zelandii, jednak papierkowo mieszkam wciąż w Polsce. Kocham takie biurwy. Jeszcze dodała "może jakąś pieczątkę od pracodawcy w Nowej Zelandii, to wymeldujemy". Tylko ja się pytam w firmie a moja księgowa na to "a po co mi pieczątka? U nas w firmie nie ma pieczątek". No i ma rację, bo co to za zaświadczenie "pieczątka"? Mogłem sobie ziemniakiem przybić... Cóż, czekamy na wynik odwołania do starosty i na pewno poinformuję was o postępie!
W każdym układzie dzisiaj poleciała dawka kartek świątecznych. Zapewne gdyby poczta Nowozelandzka sprzedawała wysyłki kartek na wagę, było by taniej. Niestety te kilkanaście (czy nawet kilkadziesiąt?! przyznam, że nie ja wysyłałem, więc nie wiem ile dokładnie ich było) trzeba było wysłać jedna po drugiej. Trzeba było je też wszystkie napisać. Zabawne, że w Polsce jakoś ciężko mi przychodziło wysyłanie kartek z jakiejkolwiek okazji.
Dzisiaj przy tej okazji kilka ciekawostek. W przeciwieństwie do naszych świąt tutaj (co oczywiste) wyprzedaże dotyczą wszelkiego sprzętu letniego. I tak zapewne w najbliższym czasie zakupimy na promocji namiot na zbliżającą się wycieczkę noworoczną i kilka przydatnych akcesoriów. Z ciekawostek cenowych warto również dodać, że chleb warto kupować wieczorami. Nowozelandczycy zapewne wyjeżdżają o 6 rano do sklepu po śniadanie (już to widzę LOL!) i kupują świeży chleb, bo inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tej zależności. Otóż chleb ok 6 wieczorem można kupić za połowę taniej niż rano. Ale tylko ten nie foliowany. Tamten uznajemy za wiecznie świeży, bo przecież w folii prawda?
Chwaliłem się też, że dostałem pierwszy Nowozelandzki mandat. Ci co mnie znają zapewne się nie dziwią, bo należę do tych szurniętych ludzi, którzy są chorzy jak sobie nie docisną. No i nie mam samochodu, a mam już mandat za przekroczenie... uwaga... 8km/h! Zostałem sfotografowany przy szalonej prędkości 58km/h jadąc campervanem przez miasto. Dostałem również szalony mandat w wysokości 30$ - to mniej niż w Polsce wynosi najniższy mandat...
Ogólnie przepisy tutaj są szurnięte. Nie wiem czy wam mówiłem, ale jest tutaj taki przepis (pamiętajcie, że jeździmy po drugiej stronie), że skręcający w prawo mają pierwszeństwo przed tymi skręcającymi w lewo. Jest to zupełnie bez sensu i z tego co sami Nowozelandczycy mówią, to jest jedyny kraj na świecie z takim przepisem. Po co? Niby nie blokujesz ruchu jak Cię przepuści ten, którego pas przecinasz, ale z drugiej strony to tamten blokuje ruch, więc gdzie sens i logika?
I jeszcze ponarzekam na ruch pieszy. Ja wiem, że Nowozelandczycy strasznie lubują się w jeździe samochodem i są chorzy jak muszą pójść do sklepu na nogach 50m (szczerze powiedziawszy nie poznałem tu jeszcze takiego człowieka, który by tyle przeszedł do sklepu!). Wiem też, że wszystkie przepisy są skierowane przeciw ruchowi pieszemu (np światło zielone dla pieszych które pali się około 2-3 sekund). Ale ostatnio wszystko przekroczyło swoje granice, kiedy w Henderson wyszedłem ze stacji i na pasach mam ogromny znak "pieszy! przepuść ruch samochodowy!". Wyobrażacie sobie? Jeśli wcześniejsze uwagi można nazwać szczytem, to to nawet nie jest szczyt szczytów, to jest kosmos! No i Nowa Zelandia to ten kraj, który dba o środowisko tak? Jaaaasne...
Złośliwość pogody nie pozwoliła nigdzie się ruszyć w weekend, więc podróżniczych wpisów nie będzie tymczasowo, chociaż ciągle gryzie mnie sumienie, że nie dokończyłem nigdy tego wpisu o 5 dniowej wycieczce. Kiedyś to zrobię i mnie rozgrzeszycie na pewno prawda? Są za to zdjęcia z nowego aparatu testujące możliwości, bo był czas i były okoliczności. Więc sobie poklikałem kilka roślinek. Muszę przyznać, że całkiem niezłe te zdjęcia wyszły. To jeszcze nie to co lustrzanka z filmem (tak, tak jestem psychopatycznym tradycjonalistą fotograficznym), ale jakość powoli się zbliża.
Na koniec POZDROWIENIA DLA POLSKICH URZĘDNIKÓW! A szczególnie jednej urzędniczki w Skale (woj. małopolskie). Otóż szanowna pani (jak to urzędnicy Polscy), mądrzejsza od notariusza, nie uznaje "pełnego pełnomocnictwa" jakie ma mój tata na mnie i postanowiła, że mnie nie wymelduje z kraju. Tak więc ciałem jestem w Nowej Zelandii, jednak papierkowo mieszkam wciąż w Polsce. Kocham takie biurwy. Jeszcze dodała "może jakąś pieczątkę od pracodawcy w Nowej Zelandii, to wymeldujemy". Tylko ja się pytam w firmie a moja księgowa na to "a po co mi pieczątka? U nas w firmie nie ma pieczątek". No i ma rację, bo co to za zaświadczenie "pieczątka"? Mogłem sobie ziemniakiem przybić... Cóż, czekamy na wynik odwołania do starosty i na pewno poinformuję was o postępie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)