Weekend minął bardzo przyjemnie. Sobota na leżeniu w łóżku i wstępnej pracy nad nową stroną (poza pracą), co zdażyło mi się ostatnio chyba 100 lat temu, oraz na leniuchowaniu.
Niedziela zaś minęła na spacerze. Spacerze nie byle jakim, bo prawie 6 godzinnym. Google podpowiada, że powinniśmy iść niecałe 4, ale nie liczył postojów i przerw na podziwianie pięknej trasy. Problem w tym, że wybierając się w drogę, było pochmurno. Nawet rzekłbym, że zapowiadał się deszcz. Pogodzie tutaj jednak nigdy nie można ufać i ku naszej uciesze, po około 2 godzinach spaceru wyszło słońce. Radość nasza jednak została szybko skarcona w domu. Jakkolwiek zabezpieczyliśmy ramiona długimi rękawami (nie posmarowaliśmy się, bo przecież pogoda była niepewna), tak twarze mieliśmy cały czas odsłonięte. I tak głównym żartem w poniedziałek w pracy było, czy Rafał to teraz Rudolf (od czerwonego nosa), czy może pomalował sobie twarz we flagę austriacką (biały pasek od okularów). Na szczęście nikt nam nie zrobił zdjęcia, a opalenizna po kilku dniach zchodzi! Nauczka na przyszłość - w Nowej Zelandii należy smarować się filtrem nawet w pochmurną pogodę!
Natomiast zbliża się teraz długo oczekiwana przeprowadzka. Przeprowadzka, która jednak inaczej wyszła, niż miała wyjść. Zaczęło się wszystko w piątek, kiedy Nick i Evan zaprosili nas na świetnego grilla. Grill przepyszny, były kawałki baraniny, kurczak, kiełbaski i przeróżne mięsko wspomagane piwkiem i sałatkami :) Spędziliśmy przemiły wieczór, który jednak spędziliśmy z chłopakami i Kitty tylko, ponieważ po kłutni Linda nie miała ochoty przyjechać. Nadmienię tylko, że ostatnie 2 tygodnie kłucą się co chwilę.
No i powstał problem, bo Linda ma nam za złe, że pojechaliśmy bez niej (wszystkim), pomimo, że to ona zdecydowała się nie jechać. Jakkolwiek z Kitty niech się kłuci i ma jakieś wątpliwości (masakra jak para homoseksualna potrafi się kłucić. Kłutnie tej samej płci są 2 razy gorsze!), tak odkąd zaczęła nas wplątywać w tą ogólną chorą atmosferę, zdecydowaliśmy się wyprowadzić. Ale to tylko jeden z powodów, bo wiadomo, że przeprowadzić mieliśmy się już dawno, ponieważ nadchodzą urodziny dziecka najstarszej córki Lindy, co oznacza, że będzie kolejny lokator i do tego wrzeszczący. Mieliśmy nadzieję, że do tego czasu (zgodnie z obietnicami) przeprowadzamy się do dużego domu, gdzie dzieci będą na parterze, my na piętrze, ale ich poprostu nie stać na przeprowadzkę. Ze względu na ich kłopoty finansowe (a konkretnie brak wpływów) ostatnio podnieśli nam czynsz i (sic!) zakazali kąpania się bo "ciepła woda zużywa za dużo prądu". I tak cały ciąg wraz z chorą sytuacją, kiedy podczas kłutni jedna dziewczyna starała się przed drugą zasłaniać nami, spowodowało, że bardzo intensywnie poszukujemy nowego lokum :)
W ten weekend chcemy obejrzeć przynajmniej dwa miejsca, ale zdecydowaliśmy się przeprowadzić do samego centrum, co zaoszczędzi przynajmniej na tą chwilę ok. 40$ za moje dojazdy (mój skuter dalej naprawiają, nie wspomnę o laptopie, który naprawiają ponad miesiąc. Pozdrowienia dla wschodnich serwisów). Tymsamym możemy te 40$ spokojnie wliczyć w opłaty czynszu i przeprowadzić się do droższego pomieszczenia. Póki co nie chcemy mieszkać sami z prostego powodu - narazie jesteśmy sami i każda żywa dusza do towarzystwa jest mile widziana, w zwykły tygodniowy wieczór :)
I to by było na tyle. Praca wróciła do normy, właśnie piszę wam z pracy, dorobiliśmy się nowej strony, którą jak google trochę po niej poszpera pewnie i tutaj zareklamuję, ale narazie nie chcę, żeby w analytics Polska była na pierwszym miejscu pod względem odwiedzin :))
I tyle. Więcej czasu, będzie okazja dokończyć wyjazdowe opowiadanie :))
czyli relacja z szalonej emigracji do Nowej Zelandii, życiu i bolączkach mieszkając na drugim końcu świata
11 listopada 2010
7 listopada 2010
Rasizm czy trzeźwe spojrzenie?
Przerwy na pisanie stają się coraz dłuższe. W tym tygodniu wyjątkowo było dużo pracy w pracy i nie miałem czasu wam nic napisać. Ale wdrożyłem naszą nową firmową stronę, nad którą pracowaliśmy 2 miesiące (sic!) i powinno być znów lżej. Żebyście mieli wyobrażenie, strona nie jest tak wypasiona. Po prostu połączenie tempa pracy z tysiącami nowych pomysłów i zmian + jednej zmianie całkowitego wizerunku w połowie pracy, daje czas 2 miesięcy na produkcję strony, która nie powinna zająć dłużej niż 2-3 tygodnie. Jak w przyszłym tygodniu pójdą poprawki, których mam dużą listę, to może się pochwalę :) Tymczasem na dzień wdrożenia (czwartek) serwer przez naszą partnerską firmę, obsługującą nas administracyjnie, był ledwo co ustawiony, a wczoraj (sobota) odkryłem, że można sobie chodzić przez sieć po katalogach serwisu i patrzyć na listę plików! Same pliki bibliotek na szczęście są zabezpieczone frameworkiem przed podglądaniem.
Żebym mógł do was łatwiej pisać, mógłbym mieć laptopa w domu. Problem w tym, że mija już ile? Miesiąc? Ponad miesiąc, odkąd laptop jest w serwisie u chińczyków? I dalej zero efektu. Dzwonili natomiast i powiedzieli, że naprawią w koszcie pierwotnej naprawy, czyli wymienią płytę główną w cenie wymiany karty graficznej. No ja myślę! Spierniczyliście, to powinniście nawet za darmo naprawić. Ale doszliśmy do ugody tą pierwotną ceną, która jest ponad 2 razy niższa od wymiany całej płyty, więc dzielimy się kosztami na pół.
Natomiast nauczka na przyszłość. Jesteście w Nowej Zelandii. Jak zresztą w większości krajów, najprostszymi pracami trudnią się emigranci. Tym samym w 90% serwisów pracują chińczycy i hindusi. I jeśli taki zauważycie to nogi zapas i uciekajcie na odległość wybuchu granatu, który wcześniej w takim serwisie zostawicie.
Zacznijmy od początku. Chińczycy i Hindusi strasznie narzekają na to, że ich kwalifikacje w Nowej Zelandii są nieważne. W ogóle. Jeśli taki Hindus jest magistrem mechaniki, to tutaj najwyżej może pracować w serwisie samochodowym. Jeśli jest magistrem logistyki, to może pracować jako taksówkarz. Bo jego papier jest po prostu nie uznawany. O Nowej Zelandii zresztą mówi się, że ma najlepiej wykształconych taksówkarzy na świecie.
Sprawa ta krąży po telewizji, po wiadomościach i różnych programach. Ze względu na to, że tych grup imigracyjnych jest strasznie dużo, po prostu protestują, nachodzą premiera w domu itd. Ja natomiast będę dzisiaj podły i z rządem się zgodzę. Wykształcenie Chińskie i Hinduskie w żadnym wypadku nie powinno być uznawane! Bo przecież widzimy jakiej jakości produkty i usługi robią w danych krajach, i taką jakość przynoszą do krajów rozwiniętych. Tym bardziej, że oni się zupełnie nie integrują. O tym, że trzymają się w swoich grupach i jeżdżą fatalnie, to już wam mówiłem. Ale żeby spotkać w immigration faceta - chińczyka, który chce wizę rodzinną, ale przytachał ze sobą tłumacza, bo nie potrafi słowa po angielsku?! Albo jeżdżąc pociągiem, patrzy się przez ramię chińczykom a Ci czytają chińskie gazety i chińskie książki! Hindusi słuchają hinduskiej muzyki a na małych odtwarzaczach DVD w pociągach oglądają filmy z Bollywood?! No to po kiego grzyba jeden z drugim tu przyjechałeś, jeśli cały dom przywozisz ze sobą? Przyjechałeś poznawać nową kulturę i zaprzyjaźniać się z nią, czy przyjechałeś kolonizować kraj kurna chata?! Bo tak to wygląda. Coraz więcej jednych i drugich przyjeżdża i robią się całe dzielnice ich. A tak naprawdę nikt ich tu nie chce.
Nie będę może aż tak uogólniał, bo może 1 czy 2 chińczyków na tysiąc jest wyjątkiem od reguły, ale zasada jest zawsze ta sama i powtarzalna. Chińczycy i Hindusi mają swoje osobne sklepy w których tylko oni kupują, mają swoich fryzjerów itd. A najlepszy numer jaki spotkałem, to zaczepić chińczyka pytając o drogę, który wysiada z luksusowego mercedesa pod domem, jest ubrany w garnitur, ewidentnie wraca z pracy i pytam jak gdzieś trafić a on na to "no, no, no speak english!". No do jasnej cholery jak już tu jesteś, to byś się przynajmniej to jedno zdanie nauczył poprawnie wymawiać!
Skąd moje frustracje? Otóż nadchodzi kolejna historia! Serwis komputerowy made in china już znacie. Poznajcie wszem i wobec serwis skuterów made in china mać! Skuter oczywiście chińskiej produkcji, no ba! Popularny również u nas Arrow 50. Jadę sobie do pracy, wjechałem w studzienkę kanalizacyjną, która była trochę zapadnięta. Bum pierwszym kołem, bum drugim kołem i trach! Odpadło mi tylne światło!!! No to zjechałem na bok, stanąłem i myślę, że podniosę i posklejam, bo wygląda, że jest w jednym kawałku. Tymczasem nadjeżdża autobus (jechałem po pasie dla autobusów) i jakby specjalnie oboma kołami na moje światło, z którego zostały oczywiście drzazgi. No to super, dobra. Przychodzę do pracy, otwieram google i szukam serwisów. Obdzwoniłem chyba z 4 i w żadnym nie mają części do tego skutera. W końcu wybucham: jak do cholery nie macie części, jak tych skuterów jest ponad połowa jeżdżących?!. W odpowiedzi usłyszałem, że części do nich można sprowadzić tylko z chin... Cholerne chińczyki. Nic to, dzwonię do 5 serwisu, Scootling (kolejna antyreklama), który z miłą chęcią sprowadzi mi tylne światło z Chin. Po ponad tygodniu oczekiwania, dostaję telefon - światło jest, przyjeżdżać, zamontujemy. Ok. Jadę bez światła w przerwie na lunch, modląc się, żeby mnie policja nie zatrzymała. Dojechałem, wjeżdżam do garażu i co? NIESPODZIANKA! Wszyscy pracownicy są skośnoocy!!! Ciekawe, że w mailu wszyscy podpisują się John, Robert, Danny albo jakoś angielsko brzmiąco, żeby się nie kapnąć... Dla złośliwych ja się podpisuję Ralf, co wymawiając brzmi angielsko, ale pisownia jest niemiecko-pochodna. Poprawnie, żeby udawać angielsko pochodzącego człowieka powinienem podpisywać się Ralph.
Wracając. Dojeżdżam, cholerny chinol przynosi paczuszkę i nożyk, otwiera przy mnie paczkę i co? NIESPODZIANKA! Światło zostało uszkodzone w trakcie transportu! No do #^%@#% nędzy mały bezmózgowy chińczyku, czemu nie otwarłeś tego przy kurierze, zanim do mnie zadzwoniłeś?!?!?! Pytam się go co teraz? On na to "zamówimy drugie". SUPER! To co ja mam zrobić? Nie będę przecież po mieście jeździł w jedną i drugą bez świateł. On na to, że mogę zostawić skuter. SUPER! Tylko jestem w dupie, jak ja dojadę do pracy spowrotem, kiedy mam tylko godzinę przerwy na lunch! On nie wie i przeprasza. OK! Wybaczamy małemu żółtemu bezmózgiemu człowieczkowi. Dzwonię po kolegę z pracy, żeby po mnie przyjechał. W międzyczasie proszę żółtków, żeby wymienili olej i sprawdzili skuter, bo są certyfikowanymi serwisantami, a ja odkąd go kupiłem, nie wiem w jakim jest stanie.
Nastaje piątek. Dostaję telefon, że skuter jest do odebrania. W sobotę wstaję o 8 rano, żeby dwoma pociągami dojechać tam. Dojeżdżam i dowiaduje się, że cała zabawa kosztuje mnie 240 dolarów. Dobra, super. Mam światło, mam wymieniony olej, na fakturze listę rzeczy które sprawdzili. Skuter w świetnym stanie. Bajka! Trochę zdegustowany ceną siadam i odjeżdżam. Jadę sobie wzdłuż oceanu, żeby się troszkę uspokoić. Piękne widoki, ludzie zaczynają się rozkładać na plaży, bo zbliża się południe a pogoda piękna. Kolor oceanu również przepiękny. I jadę sobie tak piękną drogą, aż muszę skręcić w stronę swojego domu. Skręcam, jadę dalej, przyjemny powiew wiatru na twarzy w piekącym słońcu. W oddali pali się światło. Pomarańczowe... czerwone. Zwalniam, skuter zwalnia obroty... staję skuter zwalnia obroty... i gaśnie. Chwila konsternacji, ale dobra. Może się zmęczył. Zapalam... Nic. Zjeżdżam na chodnik, powoli robię się już czerwony. Próbuję odpalić z kopa. Nic. Próbuję tak przez 15 minut na zmianę aż wyczerpałem akumulator i samego siebie. W życiu, przysięgam, w życiu nie słyszeliście takiej serii brzydkich, obraźliwych i rasistowskich słów jakie wypowiedziałem w tamtym momencie o chińczykach!!! No k* mać! Nie dość, że wszystko psujecie, to odbieram skuter od was "w świetnym stanie", przejeżdżam 5 kilometrów i skuter jakby nie żył! Jakby umarł zupełnie. Zero reakcji, nawet się nie dławi. I to powiedziałem im przez telefon, ale oni powiedzieli, że im przykro, ale w soboty nie ma samochodu, który podwozi zepsute skutery i mogą go odebrać dopiero w poniedziałek. EKSTRA. Tylko ja znów jestem w dupie! I jak niby mam wrócić do domu??? I gdzie mam zostawić skuter?! Na środku chodnika nie wiadomo gdzie?! Pan przeprasza i mówi, że to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Zbieg okoliczności? To ja grzebałem w skuterze przez ostatnich kilka dni, czy wy? Bo jak nim przyjechałem do was to było z nim wszystko w porządku!!! Jak wyjeżdżałem, to według was również było wszystko w porządku! AAAAaaaaa.... szkoda gadać!
Następnym razem, przysięgam! zaraz po tym, jak wybiorę numer gdziekolwiek! nawet do banku, zapytam rozmówcy "jakiej narodowości jesteś". Jeśli usłyszę chińskiej, odkładam słuchawkę!
I tak cała sobota minęła pod znakiem frustracji przeciwko chińczykom. Swoją drogą, w ubiegłym tygodniu czytałem raport ONZ o krajach, w których najlepiej się żyje i takich, które najczęściej uciekają. I tutaj żadnej niespodzianki - Nowa Zelandia była na trzecim miejscu pod względem najlepszej jakości życia (wyprzedzała ją Australia i Norwegia, Polska była w okolicach 40 miejsca). Chiny były jakoś w pierwszej setce, czyli dolnej połowie listy. Tymczasem kraje, z których się najczęściej ucieka - Chiny zajmowały drugie miejsce. Polski nie było w pierwszej 10, a tylko taka była opublikowana w raporcie. Niespodzianką dla mnie natomiast było pierwsze miejsce na liście najczęściej uciekających krajów - Oman. No bo gdzie do cholery jest Oman i dlaczego uciekają? I tak mała reklama Omanu spowodowała, że zapewne nie tylko ja ale i tysiące innych osób odwiedziło stronę Omanu na wikipedii :)
I na koniec chwila refleksji. Teraz wygląda to zupełnie inaczej, ale domyślam się, że jeszcze 10 lat temu tak samo w Anglii i USA psioczyli na polaków. No bo 80% emigracji od nas do Anglii to ludzie, którzy podejmowali się najprostszych prac, lub nawet tacy, którzy uciekali przed prawem. Wiem, że sami nie jesteśmy święci, sami robimy grupki w Anglii, czy całe kolonie jak Chicago w USA. Problem w tym, że ja się pod tym nie podpisuję i gdziekolwiek w przyszłości nie pojadę (a nikt przecież nie powiedział, że do końca życia będę w Nowej Zelandii. Co myślicie o Wietnamie? :) ) chcę się integrować z miejscowymi ludźmi, chcę się uczyć ich języka i kultury. I jeśli w przyszłości spotkam polski serwis, który mi coś spieprzy, w kraju, w którym mamy całe polskie kolonie, nie integrujemy się z miejscowymi i jesteśmy źle postrzegani, wierzcie mi, będę również narzekał i krytykował polaków.
p.s. ciągle pamiętam o zaległym opisie wycieczki :)
Żebym mógł do was łatwiej pisać, mógłbym mieć laptopa w domu. Problem w tym, że mija już ile? Miesiąc? Ponad miesiąc, odkąd laptop jest w serwisie u chińczyków? I dalej zero efektu. Dzwonili natomiast i powiedzieli, że naprawią w koszcie pierwotnej naprawy, czyli wymienią płytę główną w cenie wymiany karty graficznej. No ja myślę! Spierniczyliście, to powinniście nawet za darmo naprawić. Ale doszliśmy do ugody tą pierwotną ceną, która jest ponad 2 razy niższa od wymiany całej płyty, więc dzielimy się kosztami na pół.
Natomiast nauczka na przyszłość. Jesteście w Nowej Zelandii. Jak zresztą w większości krajów, najprostszymi pracami trudnią się emigranci. Tym samym w 90% serwisów pracują chińczycy i hindusi. I jeśli taki zauważycie to nogi zapas i uciekajcie na odległość wybuchu granatu, który wcześniej w takim serwisie zostawicie.
Zacznijmy od początku. Chińczycy i Hindusi strasznie narzekają na to, że ich kwalifikacje w Nowej Zelandii są nieważne. W ogóle. Jeśli taki Hindus jest magistrem mechaniki, to tutaj najwyżej może pracować w serwisie samochodowym. Jeśli jest magistrem logistyki, to może pracować jako taksówkarz. Bo jego papier jest po prostu nie uznawany. O Nowej Zelandii zresztą mówi się, że ma najlepiej wykształconych taksówkarzy na świecie.
Sprawa ta krąży po telewizji, po wiadomościach i różnych programach. Ze względu na to, że tych grup imigracyjnych jest strasznie dużo, po prostu protestują, nachodzą premiera w domu itd. Ja natomiast będę dzisiaj podły i z rządem się zgodzę. Wykształcenie Chińskie i Hinduskie w żadnym wypadku nie powinno być uznawane! Bo przecież widzimy jakiej jakości produkty i usługi robią w danych krajach, i taką jakość przynoszą do krajów rozwiniętych. Tym bardziej, że oni się zupełnie nie integrują. O tym, że trzymają się w swoich grupach i jeżdżą fatalnie, to już wam mówiłem. Ale żeby spotkać w immigration faceta - chińczyka, który chce wizę rodzinną, ale przytachał ze sobą tłumacza, bo nie potrafi słowa po angielsku?! Albo jeżdżąc pociągiem, patrzy się przez ramię chińczykom a Ci czytają chińskie gazety i chińskie książki! Hindusi słuchają hinduskiej muzyki a na małych odtwarzaczach DVD w pociągach oglądają filmy z Bollywood?! No to po kiego grzyba jeden z drugim tu przyjechałeś, jeśli cały dom przywozisz ze sobą? Przyjechałeś poznawać nową kulturę i zaprzyjaźniać się z nią, czy przyjechałeś kolonizować kraj kurna chata?! Bo tak to wygląda. Coraz więcej jednych i drugich przyjeżdża i robią się całe dzielnice ich. A tak naprawdę nikt ich tu nie chce.
Nie będę może aż tak uogólniał, bo może 1 czy 2 chińczyków na tysiąc jest wyjątkiem od reguły, ale zasada jest zawsze ta sama i powtarzalna. Chińczycy i Hindusi mają swoje osobne sklepy w których tylko oni kupują, mają swoich fryzjerów itd. A najlepszy numer jaki spotkałem, to zaczepić chińczyka pytając o drogę, który wysiada z luksusowego mercedesa pod domem, jest ubrany w garnitur, ewidentnie wraca z pracy i pytam jak gdzieś trafić a on na to "no, no, no speak english!". No do jasnej cholery jak już tu jesteś, to byś się przynajmniej to jedno zdanie nauczył poprawnie wymawiać!
Skąd moje frustracje? Otóż nadchodzi kolejna historia! Serwis komputerowy made in china już znacie. Poznajcie wszem i wobec serwis skuterów made in china mać! Skuter oczywiście chińskiej produkcji, no ba! Popularny również u nas Arrow 50. Jadę sobie do pracy, wjechałem w studzienkę kanalizacyjną, która była trochę zapadnięta. Bum pierwszym kołem, bum drugim kołem i trach! Odpadło mi tylne światło!!! No to zjechałem na bok, stanąłem i myślę, że podniosę i posklejam, bo wygląda, że jest w jednym kawałku. Tymczasem nadjeżdża autobus (jechałem po pasie dla autobusów) i jakby specjalnie oboma kołami na moje światło, z którego zostały oczywiście drzazgi. No to super, dobra. Przychodzę do pracy, otwieram google i szukam serwisów. Obdzwoniłem chyba z 4 i w żadnym nie mają części do tego skutera. W końcu wybucham: jak do cholery nie macie części, jak tych skuterów jest ponad połowa jeżdżących?!. W odpowiedzi usłyszałem, że części do nich można sprowadzić tylko z chin... Cholerne chińczyki. Nic to, dzwonię do 5 serwisu, Scootling (kolejna antyreklama), który z miłą chęcią sprowadzi mi tylne światło z Chin. Po ponad tygodniu oczekiwania, dostaję telefon - światło jest, przyjeżdżać, zamontujemy. Ok. Jadę bez światła w przerwie na lunch, modląc się, żeby mnie policja nie zatrzymała. Dojechałem, wjeżdżam do garażu i co? NIESPODZIANKA! Wszyscy pracownicy są skośnoocy!!! Ciekawe, że w mailu wszyscy podpisują się John, Robert, Danny albo jakoś angielsko brzmiąco, żeby się nie kapnąć... Dla złośliwych ja się podpisuję Ralf, co wymawiając brzmi angielsko, ale pisownia jest niemiecko-pochodna. Poprawnie, żeby udawać angielsko pochodzącego człowieka powinienem podpisywać się Ralph.
Wracając. Dojeżdżam, cholerny chinol przynosi paczuszkę i nożyk, otwiera przy mnie paczkę i co? NIESPODZIANKA! Światło zostało uszkodzone w trakcie transportu! No do #^%@#% nędzy mały bezmózgowy chińczyku, czemu nie otwarłeś tego przy kurierze, zanim do mnie zadzwoniłeś?!?!?! Pytam się go co teraz? On na to "zamówimy drugie". SUPER! To co ja mam zrobić? Nie będę przecież po mieście jeździł w jedną i drugą bez świateł. On na to, że mogę zostawić skuter. SUPER! Tylko jestem w dupie, jak ja dojadę do pracy spowrotem, kiedy mam tylko godzinę przerwy na lunch! On nie wie i przeprasza. OK! Wybaczamy małemu żółtemu bezmózgiemu człowieczkowi. Dzwonię po kolegę z pracy, żeby po mnie przyjechał. W międzyczasie proszę żółtków, żeby wymienili olej i sprawdzili skuter, bo są certyfikowanymi serwisantami, a ja odkąd go kupiłem, nie wiem w jakim jest stanie.
Nastaje piątek. Dostaję telefon, że skuter jest do odebrania. W sobotę wstaję o 8 rano, żeby dwoma pociągami dojechać tam. Dojeżdżam i dowiaduje się, że cała zabawa kosztuje mnie 240 dolarów. Dobra, super. Mam światło, mam wymieniony olej, na fakturze listę rzeczy które sprawdzili. Skuter w świetnym stanie. Bajka! Trochę zdegustowany ceną siadam i odjeżdżam. Jadę sobie wzdłuż oceanu, żeby się troszkę uspokoić. Piękne widoki, ludzie zaczynają się rozkładać na plaży, bo zbliża się południe a pogoda piękna. Kolor oceanu również przepiękny. I jadę sobie tak piękną drogą, aż muszę skręcić w stronę swojego domu. Skręcam, jadę dalej, przyjemny powiew wiatru na twarzy w piekącym słońcu. W oddali pali się światło. Pomarańczowe... czerwone. Zwalniam, skuter zwalnia obroty... staję skuter zwalnia obroty... i gaśnie. Chwila konsternacji, ale dobra. Może się zmęczył. Zapalam... Nic. Zjeżdżam na chodnik, powoli robię się już czerwony. Próbuję odpalić z kopa. Nic. Próbuję tak przez 15 minut na zmianę aż wyczerpałem akumulator i samego siebie. W życiu, przysięgam, w życiu nie słyszeliście takiej serii brzydkich, obraźliwych i rasistowskich słów jakie wypowiedziałem w tamtym momencie o chińczykach!!! No k* mać! Nie dość, że wszystko psujecie, to odbieram skuter od was "w świetnym stanie", przejeżdżam 5 kilometrów i skuter jakby nie żył! Jakby umarł zupełnie. Zero reakcji, nawet się nie dławi. I to powiedziałem im przez telefon, ale oni powiedzieli, że im przykro, ale w soboty nie ma samochodu, który podwozi zepsute skutery i mogą go odebrać dopiero w poniedziałek. EKSTRA. Tylko ja znów jestem w dupie! I jak niby mam wrócić do domu??? I gdzie mam zostawić skuter?! Na środku chodnika nie wiadomo gdzie?! Pan przeprasza i mówi, że to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Zbieg okoliczności? To ja grzebałem w skuterze przez ostatnich kilka dni, czy wy? Bo jak nim przyjechałem do was to było z nim wszystko w porządku!!! Jak wyjeżdżałem, to według was również było wszystko w porządku! AAAAaaaaa.... szkoda gadać!
Następnym razem, przysięgam! zaraz po tym, jak wybiorę numer gdziekolwiek! nawet do banku, zapytam rozmówcy "jakiej narodowości jesteś". Jeśli usłyszę chińskiej, odkładam słuchawkę!
I tak cała sobota minęła pod znakiem frustracji przeciwko chińczykom. Swoją drogą, w ubiegłym tygodniu czytałem raport ONZ o krajach, w których najlepiej się żyje i takich, które najczęściej uciekają. I tutaj żadnej niespodzianki - Nowa Zelandia była na trzecim miejscu pod względem najlepszej jakości życia (wyprzedzała ją Australia i Norwegia, Polska była w okolicach 40 miejsca). Chiny były jakoś w pierwszej setce, czyli dolnej połowie listy. Tymczasem kraje, z których się najczęściej ucieka - Chiny zajmowały drugie miejsce. Polski nie było w pierwszej 10, a tylko taka była opublikowana w raporcie. Niespodzianką dla mnie natomiast było pierwsze miejsce na liście najczęściej uciekających krajów - Oman. No bo gdzie do cholery jest Oman i dlaczego uciekają? I tak mała reklama Omanu spowodowała, że zapewne nie tylko ja ale i tysiące innych osób odwiedziło stronę Omanu na wikipedii :)
I na koniec chwila refleksji. Teraz wygląda to zupełnie inaczej, ale domyślam się, że jeszcze 10 lat temu tak samo w Anglii i USA psioczyli na polaków. No bo 80% emigracji od nas do Anglii to ludzie, którzy podejmowali się najprostszych prac, lub nawet tacy, którzy uciekali przed prawem. Wiem, że sami nie jesteśmy święci, sami robimy grupki w Anglii, czy całe kolonie jak Chicago w USA. Problem w tym, że ja się pod tym nie podpisuję i gdziekolwiek w przyszłości nie pojadę (a nikt przecież nie powiedział, że do końca życia będę w Nowej Zelandii. Co myślicie o Wietnamie? :) ) chcę się integrować z miejscowymi ludźmi, chcę się uczyć ich języka i kultury. I jeśli w przyszłości spotkam polski serwis, który mi coś spieprzy, w kraju, w którym mamy całe polskie kolonie, nie integrujemy się z miejscowymi i jesteśmy źle postrzegani, wierzcie mi, będę również narzekał i krytykował polaków.
p.s. ciągle pamiętam o zaległym opisie wycieczki :)
1 listopada 2010
unbelievable 2!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Czy istnieje bezpieczniejsze miejsce niż bank?
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy idę do mojego banku (antyreklama ASB), odbieram moją nową kartę VISA, koleś podaje ją mi do ręki, następnie każe wpisać kod PIN do niej, następnie każe się przy nim na niej podpisać. Potem dziękuje i mnie puszcza... BEZ OKAZANIA DOWODU TOŻSAMOŚCI!!! MOGŁEM ZABRAĆ DOWOLNĄ KARTĘ I KAŻDY MÓGŁ ZABRAĆ MOJĄ!!! CO ZA MASAKRA.
Podążając za white chicks "l want to speak to your supervisor. Better yet, l'm going to write a letter."
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy idę do mojego banku (antyreklama ASB), odbieram moją nową kartę VISA, koleś podaje ją mi do ręki, następnie każe wpisać kod PIN do niej, następnie każe się przy nim na niej podpisać. Potem dziękuje i mnie puszcza... BEZ OKAZANIA DOWODU TOŻSAMOŚCI!!! MOGŁEM ZABRAĆ DOWOLNĄ KARTĘ I KAŻDY MÓGŁ ZABRAĆ MOJĄ!!! CO ZA MASAKRA.
Podążając za white chicks "l want to speak to your supervisor. Better yet, l'm going to write a letter."
Halloween
Opowiadanie o wycieczce jeszcze czeka. Będzie długie i profesjonalne, więc musicie być jeszcze cierpliwi. Tymczasem opowiem wam o święcie zmarłych w Nowej Zelandii.
Halloween w zasadzie nie jest świętem NZ a Amerykańskim i wiele wagi tutaj do niego się nie przykłada. Ot, kilka programów w telewizji i imprezy w mieście. Natomiast (niestety) nie widzi się, lub bardzo rzadko widzi się dzieciaki latające z koszykiem i krzyczące "słodycze albo psikus".
Halloween obchodzone jest w weekend najbliższy 1 Listopada, z prostego i zrozumiałego powodu :) Sobota więc przebiegła nam dosyć leniwie, nie licząc lekkiego joggingu popołudniu. Wieczorem natomiast wybraliśmy się na miasto ze znajomymi. Mieliśmy spotkać się w mieście, ale w rezultacie wylądowaliśmy u koleżanki Natalii w domu. Tam, zupełnie nie przygotowania na prawdziwe Halloween zostaliśmy uzbrojeni odpowiednio w czapkę i nos klauna oraz perukę z różowymi włosami. Kto co miał ubrane, musicie sobie dopisać :p
O 11 wieczór wyszliśmy z domu na pociąg. Standardowo na niego spóźniliśmy się. Dochodząc do stacji widzieliśmy nadjeżdżającą "ciufcię", więc najszybsi zaczęli sprint (pociągi o tej porze jeżdżą raz na godzinę). Pierwsze osoby wpadły zaraz po przyjeździe pociągu, jednak sekundę potem konduktor zamknął wszystkie drzwi. Myśleliśmy, że odjedziemy bez reszty, ale konduktor był na tyle uprzejmy, że jedne drzwi zostawił otwarte dla spóźnialskich i tych na szpilkach ;)
Pociąg oczywiście pełny był przebierańców, więc i my bez obciachu zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową. Przy okazji kilka zdjęć cyknął nam sąsiadujący na siedzeniu meksykanin.
Dojechaliśmy na miejsce i jeszcze zanim wpadliśmy do klubu dziewczyny wystraszył koleś głośno sapiący w masce przeciw gazowej i czający się za każdą dziewczyną, właśnie po to, żeby ją wystraszyć :) Było zabawnie. W klubie jak to w klubie. Kupa ludzi, alkohol i parkiet. Było super, natomiast kilka spostrzeżeń:
W klubie jak to w klubie są bramkarze. W przeciwieństwie do naszych (albo podobnie do naszych - patrz krakowska Afera) sprawdzają dowód każdemu, nie ważne na jaki wiek wyglądasz. W przypadku gdy nie masz NZ prawa jazdy, musisz mieć paszport.
Kolejne spostrzeżenie - dryblasy takie jak ja mają ciężko, ponieważ te kluby są w takich jakby podpiwniczeniach. Ale nie są to nasze wielkie piwnice, co oznacza, że skacząc wysoko prawdopodobnie przysolił bym w sufit.
No i na koniec. W NZ rządzi clubbing. Ludzie wchodzą i wychodzą z klubów z prędkością światła i szacunkowo co godzinę zmieniają się wszyscy ludzie w klubie, co zresztą ma swoje zalety, bo niosą ze sobą świeże powietrze :D
Około 2 w nocy zmieniliśmy klub na inny, w porcie. Tam posiedzieliśmy jeszcze około godziny i wybraliśmy się do domu. Najtwardsi jednak zostali podobno do 5!
Wycieczka do domu to kolejne wyzwanie. Otóż w Auckland nie ma komunikacji nocnej! To dlatego limit alkoholu we krwi jest tutaj 4 promile! W przeliczeniu na faceta jak ja, czyli ponad 190cm + ponad 90kg wystarczy na wypicie prawie 10 małych piwek! Sprawdzone w programie TV (ale chyba już o tym pisałem). I tak pomiędzy około 0.30 a 7 rano nie jeździ zupełnie nic. Interes za to robią taksówkarze, którzy w 99% są imigrantami. O tym jest osobna historia, bo ponoć Auckland to miasto, gdzie są najlepiej wykształceni na świecie taksówkarze ;)
Podróż do domu (bez licznika) kosztuje nas 35$ co w przeliczeniu na kilometry daje ok 14km (według google maps). W domu lądujemy około 3.
Na koniec subiektywne podsumowanie. Nasze święto zmarłych to dzień smutny, wręcz przygnębiający. A przecież z jakiejkolwiek religii byś się nie wywodził śmierć ma prowadzić do lepszego świata, prawda? To czemu by się z okazji święta zmarłych nie cieszyć i nie bawić?! Mnie się takie podejście podoba i nie mówię tu, żeby zapominać o zmarłych czy o cmentarzach. Tylko dlaczego właśnie w ten dzień mamy chodzić, a nie w każdy inny?! A Polska płacząca, zakorkowana na cmentarzach - to nie dla mnie.
I jeszcze o tempie pracy. Jeśli ktoś jeszcze waha się, czy w Nowej Zelandii naprawdę tempo pracy jest niższe, mogę rozwiać wszelkie wątpliwości. Ten wpis piszę sobie z pracy. Zajmuje mi ponad pół godziny, a pewnie mógłbym dłuższy, gdyby nie to, że co chwilę ktoś przychodzi mnie dopytać o coś i ziora mi w komputer :) Ogólnie pracuję dziennie sumarycznie około 5 godzin na 8 przeznaczonych. Pozostałe się nudzę, ponieważ robię wszystko szybciej, niż nadąża środowisko. I to nie są przechwałki jaki to jestem dobry. Domyślam się, że wiele szpeców od IT zrobiło by to co ja w 5 godzin w 3 godziny. Sęk w tym, że tutaj nikomu się nie spieszy. Nie wierzycie? Countdown, duży supermarket pod moim domem. Trwa remanent, czyli znane nam przekładanie z półek na półki, żeby klientów powkur... zdezorientować. Ile taki remanent trwa w Twoim supermarkecie? W Krakowskim Tesco zwykle jedną noc. Tutaj trwa już... drugi miesiąc!!! I ciągle nie jest skończony!
Dla mnie problem jest tylko jeden. Jak się odzwyczaić od tego polskiego speedu i w pracy nie nudzić?!
Halloween w zasadzie nie jest świętem NZ a Amerykańskim i wiele wagi tutaj do niego się nie przykłada. Ot, kilka programów w telewizji i imprezy w mieście. Natomiast (niestety) nie widzi się, lub bardzo rzadko widzi się dzieciaki latające z koszykiem i krzyczące "słodycze albo psikus".
Halloween obchodzone jest w weekend najbliższy 1 Listopada, z prostego i zrozumiałego powodu :) Sobota więc przebiegła nam dosyć leniwie, nie licząc lekkiego joggingu popołudniu. Wieczorem natomiast wybraliśmy się na miasto ze znajomymi. Mieliśmy spotkać się w mieście, ale w rezultacie wylądowaliśmy u koleżanki Natalii w domu. Tam, zupełnie nie przygotowania na prawdziwe Halloween zostaliśmy uzbrojeni odpowiednio w czapkę i nos klauna oraz perukę z różowymi włosami. Kto co miał ubrane, musicie sobie dopisać :p
O 11 wieczór wyszliśmy z domu na pociąg. Standardowo na niego spóźniliśmy się. Dochodząc do stacji widzieliśmy nadjeżdżającą "ciufcię", więc najszybsi zaczęli sprint (pociągi o tej porze jeżdżą raz na godzinę). Pierwsze osoby wpadły zaraz po przyjeździe pociągu, jednak sekundę potem konduktor zamknął wszystkie drzwi. Myśleliśmy, że odjedziemy bez reszty, ale konduktor był na tyle uprzejmy, że jedne drzwi zostawił otwarte dla spóźnialskich i tych na szpilkach ;)
Pociąg oczywiście pełny był przebierańców, więc i my bez obciachu zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową. Przy okazji kilka zdjęć cyknął nam sąsiadujący na siedzeniu meksykanin.
Dojechaliśmy na miejsce i jeszcze zanim wpadliśmy do klubu dziewczyny wystraszył koleś głośno sapiący w masce przeciw gazowej i czający się za każdą dziewczyną, właśnie po to, żeby ją wystraszyć :) Było zabawnie. W klubie jak to w klubie. Kupa ludzi, alkohol i parkiet. Było super, natomiast kilka spostrzeżeń:
W klubie jak to w klubie są bramkarze. W przeciwieństwie do naszych (albo podobnie do naszych - patrz krakowska Afera) sprawdzają dowód każdemu, nie ważne na jaki wiek wyglądasz. W przypadku gdy nie masz NZ prawa jazdy, musisz mieć paszport.
Kolejne spostrzeżenie - dryblasy takie jak ja mają ciężko, ponieważ te kluby są w takich jakby podpiwniczeniach. Ale nie są to nasze wielkie piwnice, co oznacza, że skacząc wysoko prawdopodobnie przysolił bym w sufit.
No i na koniec. W NZ rządzi clubbing. Ludzie wchodzą i wychodzą z klubów z prędkością światła i szacunkowo co godzinę zmieniają się wszyscy ludzie w klubie, co zresztą ma swoje zalety, bo niosą ze sobą świeże powietrze :D
Około 2 w nocy zmieniliśmy klub na inny, w porcie. Tam posiedzieliśmy jeszcze około godziny i wybraliśmy się do domu. Najtwardsi jednak zostali podobno do 5!
Wycieczka do domu to kolejne wyzwanie. Otóż w Auckland nie ma komunikacji nocnej! To dlatego limit alkoholu we krwi jest tutaj 4 promile! W przeliczeniu na faceta jak ja, czyli ponad 190cm + ponad 90kg wystarczy na wypicie prawie 10 małych piwek! Sprawdzone w programie TV (ale chyba już o tym pisałem). I tak pomiędzy około 0.30 a 7 rano nie jeździ zupełnie nic. Interes za to robią taksówkarze, którzy w 99% są imigrantami. O tym jest osobna historia, bo ponoć Auckland to miasto, gdzie są najlepiej wykształceni na świecie taksówkarze ;)
Podróż do domu (bez licznika) kosztuje nas 35$ co w przeliczeniu na kilometry daje ok 14km (według google maps). W domu lądujemy około 3.
Na koniec subiektywne podsumowanie. Nasze święto zmarłych to dzień smutny, wręcz przygnębiający. A przecież z jakiejkolwiek religii byś się nie wywodził śmierć ma prowadzić do lepszego świata, prawda? To czemu by się z okazji święta zmarłych nie cieszyć i nie bawić?! Mnie się takie podejście podoba i nie mówię tu, żeby zapominać o zmarłych czy o cmentarzach. Tylko dlaczego właśnie w ten dzień mamy chodzić, a nie w każdy inny?! A Polska płacząca, zakorkowana na cmentarzach - to nie dla mnie.
I jeszcze o tempie pracy. Jeśli ktoś jeszcze waha się, czy w Nowej Zelandii naprawdę tempo pracy jest niższe, mogę rozwiać wszelkie wątpliwości. Ten wpis piszę sobie z pracy. Zajmuje mi ponad pół godziny, a pewnie mógłbym dłuższy, gdyby nie to, że co chwilę ktoś przychodzi mnie dopytać o coś i ziora mi w komputer :) Ogólnie pracuję dziennie sumarycznie około 5 godzin na 8 przeznaczonych. Pozostałe się nudzę, ponieważ robię wszystko szybciej, niż nadąża środowisko. I to nie są przechwałki jaki to jestem dobry. Domyślam się, że wiele szpeców od IT zrobiło by to co ja w 5 godzin w 3 godziny. Sęk w tym, że tutaj nikomu się nie spieszy. Nie wierzycie? Countdown, duży supermarket pod moim domem. Trwa remanent, czyli znane nam przekładanie z półek na półki, żeby klientów powkur... zdezorientować. Ile taki remanent trwa w Twoim supermarkecie? W Krakowskim Tesco zwykle jedną noc. Tutaj trwa już... drugi miesiąc!!! I ciągle nie jest skończony!
Dla mnie problem jest tylko jeden. Jak się odzwyczaić od tego polskiego speedu i w pracy nie nudzić?!
27 października 2010
Wróciliśmy
Zmęczeni 1100 kilometrami przejechanymi, palącym słońcem i mnóstwem przygód, ale zadowoleni :) Jak najszybciej postaramy się wgrać zdjęcia i opisać wyjazd. Sam opis jednak będzie musiał prawdopodobnie zaczekać do weekendu, jako że szykuje się bardzo długi wpis.
Dodam tylko, że podróżowanie campervanem ma swoje plusy ale jeden ogromny minus. 3L silnik V8 nie rozpieszcza. Na tych 1100 kilometrach spaliliśmy ponad 160 litrów benzyny! Gdzie mój golf diesel i spalanie 4,5L na trasie? Buuu!
A oto nasza przybliżona trasa zwiedzania.
Dodam tylko, że podróżowanie campervanem ma swoje plusy ale jeden ogromny minus. 3L silnik V8 nie rozpieszcza. Na tych 1100 kilometrach spaliliśmy ponad 160 litrów benzyny! Gdzie mój golf diesel i spalanie 4,5L na trasie? Buuu!
A oto nasza przybliżona trasa zwiedzania.
22 października 2010
Wakaaaaacje
PIOSENKA DNIA, czyli jedna z głównych piosenek w samochodzie wycieczki dookoła Europy :)
Znikamy na około tydzień. Po tygodniu będziecie mieli sporo do przeczytania a my na pewno sporo do opowiedzenia :)
Znikamy na około tydzień. Po tygodniu będziecie mieli sporo do przeczytania a my na pewno sporo do opowiedzenia :)
21 października 2010
Awantura po nowozelandzku
Jak wielu z was wie, uwielbiam się awanturować, jeśli ktoś chce mnie zrobić w konia, albo próbuje mnie naciągnąć. Mam to oczywiście po mamie, która jest przodowniczką w tym temacie (pozdrowienia dla mamy). I tak zaliczyłem pierwszą Nowozelandzką awanturę, co było ciekawym przeżyciem, jako że awantura oczywiście po angielsku.
Zaczęło się jakieś 2 tygodnie temu jak wiecie. Pewna osoba zjarała laptopa na pościeli :) Pozdrowienia dla pewnej osoby :p To jednak bardzo popularna awaria w HPekach i naprawa wydawała się banalna. Poszedłem więc do serwisu, który powiedział, że naprawiają te laptopy, że naprawili ich setki i nie mam się czym martwić. Zostawiłem więc im go, minęły 2 dni i zadzwonili, że koszt naprawy to ok 250$, czyli tyle ile się spodziewałem sondując wcześniej serwisy. Ok - naprawiajcie. Wszystko pięknie, ładnie, po kolejnych 3-4 dniach dzwonią i mówią, że jednak im się pomyliło, że to nie karta graficzna a cała płyta główna poszła! A koszt to skromne 480$ + podatek. No to chrzanię was, mówię, i poproszę mojego laptopa z powrotem. Koleś lekko zaskoczony, prawdopodobnie nie spotkał się z taką sytuacją, lub zupełnie się jej nie spodziewał. Powiedział, że za kilka dni będzie z powrotem. To już dało do myślenia, że najpierw naprawa była taka łatwa, potem nagle urosła dwukrotnie, a na końcu potrzebują kilku dni, żeby mi go oddać!
Dobra czekam. Przeczekałem kolejne 3 dni i poszedłem do nich. Okazało się, że to nie oni naprawiają laptopa, tylko odsyłają do innego serwisu i że zadzwonią tam i spytają się co się dzieje. Tego samego dnia zadzwonili, że laptop będzie jutro (czyli wczoraj).
Wczoraj więc poszedłem do sklepu po odbiór i ku zdziwieniu sprzedawcy poprosiłem, że chciałbym przed odbiorem sprawdzić laptopa. Oczywiście dziwnym trafem okazał się zupełnie rozładowany, ale po wielkim poszukiwaniu koleś znalazł pasującą ładowarkę. Podłączam, naciskam przycisk i co? NIESPODZIANKA! Laptop świeci kontrolki, następnie wydaje z siebie dźwięki błędu płyty głównej i wyłącza się.
No to zaczynamy. Pytam co to k** ma być? Koleś mówi, że nie wie i że zapyta kolegi. Przychodzi 2 chińczyków i jeden mówi, że nie chciałem naprawić laptopa. Ja mówię, że nie chciałem, ale nie chciałem też, żebyście mi go spieprzyli bardziej! On mi pokazuje zgłoszenie - monitor czarny. Ja mu mówię, jasne mózgu, czarny ale się włączał. Tak samo jak cały laptop. Teraz piszczy, że ma uszkodzoną płytę główną. On mi na to, że niekoniecznie płytę. Nooo tak, niekoniecznie. To jeszcze gorzej świadczy o was jeśli spitoliliście procesor albo RAM!
I taka gadka przez 10 minut. Chińczyki zaczęły się pienić a ja powiedziałem, że nie ma mowy, że nie odbiorę laptopa. Chińczyki powiedziały, że w takim układzie, żebym zadzwonił do serwisu, podadzą mi numer sprawy i tam się mam dowiedzieć...
Dzwoniłem dzisiaj, ponieważ wczoraj już mieli zamknięte. Najpierw obsługa klienta powiedziała mi, że sprawa ich przerasta i że oddzwoni jakiś boss do mnie. Pyta o co chodzi, więc mu grzecznie tłumaczę:
"Oddałem laptopa do sklepu. Bez mojej wiedzy został gdzieś wysłany (podobno do was). Mam numer sprawy tego sklepu i ten numer, z którego dzwonisz. Jak oddawałem laptopa, działał, tylko miał czarny ekran co wyraźnie sugerowało uszkodzoną kartę graficzną. Nie chciałem, żebyście mi go naprawiali bo cena jest dwukrotnie wyższa niż u konkurencji. Dostałem z powrotem laptopa, który jest w gorszym stanie niż wtedy kiedy go oddawałem. W ogóle się nie włącza, monitor również, nie wiem czy mi przypadkiem połowy hardware nie wymontowaliście! Chcę laptopa dokładnie w takim stanie jak go oddałem!"
Chwila milczenia po drugiej stronie. Jak Pan ma na imię? Mhm. Skąd Pan ma numer do nas? Mhm. Nie powinien Pan tu dzwonić, ponieważ to sprawa między nami a sklepem. Skontaktujemy się z nimi i postaramy się przywrócić laptopa przynajmniej do stanu sprzed naprawy bez kosztów. Przepraszamy za problem i skontaktujemy się z Panem.
Wniosek? Oczywiście warto walczyć o swoje, jak zawsze. Poza tym Nowa Zelandia czy Chiny, wszędzie możesz zostać oszukany! Ale najgorsze jest to, że te chińczyki dopiero zaczęły kapować w tych swoich małych żółtych główkach cokolwiek, jak im powiedziałem, że nie odbiorę laptopa i wrócę z policją, bo próbują mnie oszukać. Wtedy dopiero coś załatwiłem. Straszne ile trzeba się nagadać i nagonić, żeby być uczciwie potraktowanym
Zaczęło się jakieś 2 tygodnie temu jak wiecie. Pewna osoba zjarała laptopa na pościeli :) Pozdrowienia dla pewnej osoby :p To jednak bardzo popularna awaria w HPekach i naprawa wydawała się banalna. Poszedłem więc do serwisu, który powiedział, że naprawiają te laptopy, że naprawili ich setki i nie mam się czym martwić. Zostawiłem więc im go, minęły 2 dni i zadzwonili, że koszt naprawy to ok 250$, czyli tyle ile się spodziewałem sondując wcześniej serwisy. Ok - naprawiajcie. Wszystko pięknie, ładnie, po kolejnych 3-4 dniach dzwonią i mówią, że jednak im się pomyliło, że to nie karta graficzna a cała płyta główna poszła! A koszt to skromne 480$ + podatek. No to chrzanię was, mówię, i poproszę mojego laptopa z powrotem. Koleś lekko zaskoczony, prawdopodobnie nie spotkał się z taką sytuacją, lub zupełnie się jej nie spodziewał. Powiedział, że za kilka dni będzie z powrotem. To już dało do myślenia, że najpierw naprawa była taka łatwa, potem nagle urosła dwukrotnie, a na końcu potrzebują kilku dni, żeby mi go oddać!
Dobra czekam. Przeczekałem kolejne 3 dni i poszedłem do nich. Okazało się, że to nie oni naprawiają laptopa, tylko odsyłają do innego serwisu i że zadzwonią tam i spytają się co się dzieje. Tego samego dnia zadzwonili, że laptop będzie jutro (czyli wczoraj).
Wczoraj więc poszedłem do sklepu po odbiór i ku zdziwieniu sprzedawcy poprosiłem, że chciałbym przed odbiorem sprawdzić laptopa. Oczywiście dziwnym trafem okazał się zupełnie rozładowany, ale po wielkim poszukiwaniu koleś znalazł pasującą ładowarkę. Podłączam, naciskam przycisk i co? NIESPODZIANKA! Laptop świeci kontrolki, następnie wydaje z siebie dźwięki błędu płyty głównej i wyłącza się.
No to zaczynamy. Pytam co to k** ma być? Koleś mówi, że nie wie i że zapyta kolegi. Przychodzi 2 chińczyków i jeden mówi, że nie chciałem naprawić laptopa. Ja mówię, że nie chciałem, ale nie chciałem też, żebyście mi go spieprzyli bardziej! On mi pokazuje zgłoszenie - monitor czarny. Ja mu mówię, jasne mózgu, czarny ale się włączał. Tak samo jak cały laptop. Teraz piszczy, że ma uszkodzoną płytę główną. On mi na to, że niekoniecznie płytę. Nooo tak, niekoniecznie. To jeszcze gorzej świadczy o was jeśli spitoliliście procesor albo RAM!
I taka gadka przez 10 minut. Chińczyki zaczęły się pienić a ja powiedziałem, że nie ma mowy, że nie odbiorę laptopa. Chińczyki powiedziały, że w takim układzie, żebym zadzwonił do serwisu, podadzą mi numer sprawy i tam się mam dowiedzieć...
Dzwoniłem dzisiaj, ponieważ wczoraj już mieli zamknięte. Najpierw obsługa klienta powiedziała mi, że sprawa ich przerasta i że oddzwoni jakiś boss do mnie. Pyta o co chodzi, więc mu grzecznie tłumaczę:
"Oddałem laptopa do sklepu. Bez mojej wiedzy został gdzieś wysłany (podobno do was). Mam numer sprawy tego sklepu i ten numer, z którego dzwonisz. Jak oddawałem laptopa, działał, tylko miał czarny ekran co wyraźnie sugerowało uszkodzoną kartę graficzną. Nie chciałem, żebyście mi go naprawiali bo cena jest dwukrotnie wyższa niż u konkurencji. Dostałem z powrotem laptopa, który jest w gorszym stanie niż wtedy kiedy go oddawałem. W ogóle się nie włącza, monitor również, nie wiem czy mi przypadkiem połowy hardware nie wymontowaliście! Chcę laptopa dokładnie w takim stanie jak go oddałem!"
Chwila milczenia po drugiej stronie. Jak Pan ma na imię? Mhm. Skąd Pan ma numer do nas? Mhm. Nie powinien Pan tu dzwonić, ponieważ to sprawa między nami a sklepem. Skontaktujemy się z nimi i postaramy się przywrócić laptopa przynajmniej do stanu sprzed naprawy bez kosztów. Przepraszamy za problem i skontaktujemy się z Panem.
Wniosek? Oczywiście warto walczyć o swoje, jak zawsze. Poza tym Nowa Zelandia czy Chiny, wszędzie możesz zostać oszukany! Ale najgorsze jest to, że te chińczyki dopiero zaczęły kapować w tych swoich małych żółtych główkach cokolwiek, jak im powiedziałem, że nie odbiorę laptopa i wrócę z policją, bo próbują mnie oszukać. Wtedy dopiero coś załatwiłem. Straszne ile trzeba się nagadać i nagonić, żeby być uczciwie potraktowanym
Subskrybuj:
Posty (Atom)