3 grudnia 2010

Byle do przeprowadzki

Mieszkamy z psychopatami :) Jeśli jeszcze nie dawno wydawało mi się, że dziewczyny są fajne, i tylko im odbija czasem, tak teraz zaczęło im odbijać częściej. Do skrajności.

To, że wplątują nas w swoje gierki to jedno. Zawsze można się schować w pokoju i po prostu nie uczestniczyć w ich wzajemnych bitwach. Ale to jakie sceny odprawiają, to zaczyna przerażać. Dlatego coraz intensywniej szukamy jakiegoś innego wolnego pokoju. Myślimy też o wynajęciu czegoś tylko dla nas, ewentualnie wynajęciu i samemu szukanie sobie współlokatorów, ale na to chyba jeszcze za wcześnie. Na pewno trzeba by dużo własnych rzeczy - mebli, elektroniki. Zobaczymy, przyszłość pokaże.

Zbieramy się też powoli do zakupu samochodu. Zdecydowaliśmy kupić jednak tani samochód na czas przyzwyczajania się do zupełnie innych przepisów (dylemat był pomiędzy samochodem do 5k$ a samochodem ok 15k$ na dłużej). Jak się przyzwyczaimy, przyjdzie czas na coś nowszego. Pojawił się za to kolejny dylemat. Czy kupić samochód oszczędny, czy uniwersalny? Krótko mówiąc, czy kupić małego hatchbag-a czy 4x4. Osobiście coraz bardziej skłaniam się do 4x4. Owszem, pali to trochę więcej benzyny od hatchbag-a (przypomnę, że nawet małe samochody mają tutaj 2l silniki - amerykańska moda). Dylemat się poszerza o marki - czy może CRV, może Vitarę? Zobaczymy. Chcemy kupić to coś zaraz na początku roku, po powrocie z wakacji. Plus jest taki, że bardzo nam się nie spieszy z zakupem, więc będzie można pogrzebać za czymś konkretnym.

Zbliżają się też święta. Nie wiemy jeszcze jak je spędzimy, ale kilka planów mamy. Co ciekawe natomiast, w Auckland podobno panuje tradycja spędzania świąt w parku :) Dlaczego? Otóż w Auckland tysiące ludzi jest bez rodziny - na kontraktach, na emigracji itp. Ci ludzie spotykają się w święta w parku i spędzają wspólnie święta, z obcymi sobie ludźmi :) Prawdopodobnie na takie coś też się wybierzemy ze względu na to, że sami jesteśmy obcy :)
Zaraz po świętach natomiast zmykamy na wyjazd tygodniowy do Coromandel, czyli wakacje. Tam też spędzimy sylwestra na plaży, ale o tym będziecie mieli jeszcze okazję poczytać.

A na koniec dzisiejszego szybkiego wpisu - śmiechu warte, czyli jak mieszkać z psychopatami! Zwykły dzień, wracamy z joggingu i spotykamy naszych ulubionych chłopaków, czyli Nicka i Evana. Wracają z naszego domu ze swoimi pieskami - huskym i mieszańcem. Miny mają jakby wracali z pogrzebu. Pytamy co się stało? Okazało się, że podczas gdy popijali piwko, husky przewrócił klatkę z królikiem i dorwał białego królika (znanego także pod pseudonimem killer rabbit :) ). Tak więc zakończył się żywot białego królika, który prawdopodobnie dostał zawału. Cóż zdarza się, zwierzęta to zwierzęta i nie można ich winić. A królik to królik, można kupić następnego za 20$. Zresztą i tak większość swojego życia spędzał w klatce i nikt się nim za bardzo nie interesował. Może ze 2 razy widziałem jak ktoś go miał na rękach. Wchodzimy do domu i co?
Szok! Lesbijki ryczą. Nie płaczą. Ryczą wniebogłosy przytulając zdechłego królika! I tak przez cały wieczór. Na koniec wieczoru wzięły go do pokoju i prawdopodobnie z nim spały! Mało! Rano na ścianach pojawiły się kartki "żegnaj mały kolego, wszyscy Cię kochamy" i tym podobne. Jednocześnie dziewczyny zabrały królika samochodem, żeby go pogrzebać... Na pogrzeb królika... wzięły też inne zwierzęta, bo to ich kolega!!! Po prostu brak mi słów, myślałem, że takie rzeczy ogląda się tylko w telewizji. Jeszcze gdyby ten królik był ich ulubionym zwierzęciem?! Ale gdzie tam, on po prostu był i tyle.

Lepiej więc wziąć nogi zapas i zmyć się stamtąd najszybciej jak się da, w przeciwnym wypadku te tabletki, których zapominają od jakiegoś miesiąca brać, przestaną zupełnie działać... Niesamowite, jak ludzie potrafią zmienić swój wizerunek w ciągu tak krótkiego czasu. Byle do przeprowadzki.

1 grudnia 2010

Drugi post gratis

A co, dawno nie mieliście co czytać, a ja mam chwilę wolną w pracy.

No to jedziemy. Obcięto mnie. Tzn ostrzyżono? Nie! Obcięto. W planach weekendowych była impreza, więc postanowiłem odwiedzić zakład fryzjerski. Ten co zawsze. Różnica polegała na tym, że "moja" fryzjerka była zajęta. W zamian dostałem propozycję zniżki. Ponad 50% jeśli pozwolę się obstrzyc stażystce. Nigdy, przenigdy na świecie nie gódźcie się na to! To co dostałem za 15$ to był luksus - mycie głowy, masaż głowy, szampon, odżywka, strzyżenie... To co zostało mi na głowie? Bezcenne. Gdyby mnie ktoś sfotografował w tamtym momencie, zabiłbym żeby zlikwidować to zdjęcie. Z każdej strony inna długość, z przodu taka ukośna linia jak emo, ogólnie dramat! W domu poprosiłem Julkę, żeby w miarę mnie wyprostowała, bo to co mam na głowie woła o pomstę do nieba. Domowym sposobem zostałem poprawiony i wygląda "przyzwoicie", ale w przyszłym tygodniu bądź w kolejnym, jak mi troszkę tylko włosy odrosną, muszę iść się poprawić, bo jest dramat.

Jeśli chodzi o weekendową imprezę, czyli wieczór kawalerski Jasona - było świetnie :) Dużo alkoholu, wizyta w showgirls, striptease, wszystko czego trzeba. Trochę ponarzekałbym na ilość atrakcji za taką cenę, ale dobre i tyle :) W showgirls spodziewałem się więcej niż jednej striptizerki, ale mieliśmy wynajętą i opłaconą salę, więc tylko jedną w tej cenie nam wpuścili. A poza tym, alkohol, zabawa, wcześniej grill i szalona jazda wielkim wesołym busem z hindusem za kierownicą :)

W związku z przeprowadzką urządziłem sobie ekstra miejsce pracy. Z wielkim wysiłkiem przytachałem kanapę, wyczyściłem całe biurko, z drugiej strony uporządkowałem okno i teraz mam miejsce pracy jak dyrektor :) Mam dużą kanapę, mnóstwo miejsca i wszystkich na widoku! Brakuje ekspresu do kawy ;) Trzeba podróżować do kuchni.

Jutro napiszę wam o przeprowadzce i planach przeprowadzkowych, bo dziś się już spieszę na pociąg, bo znów mnie ktoś zagadał i zamiast wam pisać to godzina minęła :p

Na koniec z wielkim smutkiem podsumowanie kariery Leslie-go Nielsen-a, który jest jednym z moich ulubionych aktorów komediowych. Leslie zmarł wczoraj.

Odkopujemy się... powoli :)

Z zaległych postów. A jest ich pewnie tysiące!
Na początek oczywiście przeprowadziłem się. Nie, nie z domu - w pracy. Siedzę sobie teraz na końcu pokoju, mam widok na zatokę i blok na przeciwko w którym według różnych plotek pokazuje się w oknie naga dziewczyna oraz nagi... staruszek! Mam również widok na wszystkich współpracowników, bo po małym przemeblowaniu siedzę przodem do wszystkich. Za mną jest już tylko stół pracowniczy dla grafików. Taki duży z podkładką, nożami do cięcia papieru, linijkami, flamastrami i setką takich pierdółek. Przez to jak się będę nudził, będzie okazja wam coś napisać. Do tej pory zależało to od ruchu za moimi plecami :)

Praca jak to praca. Szczególnie w agencji reklamowej. Zbliżają się święta, więc jest jej coraz więcej. I tak do świąt. Robię między innymi kartkę świąteczną, więc każdy z was dostanie :) (taką elektroniczną, żeby nie było!). Ale nie ma pośpiechu. Tzn. jest więcej pracy niż zwykle, ale nigdy jeszcze na tyle, żebym musiał zostawać po.

Najważniejsza jednak wiadomość dnia to chwalenie się! Otóż schudłem! Nie wiem jak to będzie wagowo, ale wiem jak to wygląda paskowo :) Cały czas was zanudzam o tym chudnięciu, ale przyjeżdżając tutaj miałem pasek zapięty na przedostatnią dziurkę. W ostatnim tygodniu oficjalnie ogłaszam, że mój pasek został powiększony o jedną dziurkę, bo po prostu ich zabrakło :) Tutaj pojawia się Polskie kombinatorstwo. W Polsce dodatkowe dziurki robił mi zawsze wujek taką specjalną rurką, którą ma w piwnicznym warsztaciku. Tutaj wszystkie moje narzędzia sprowadzają się do scyzoryka szwajcarskiego, który dostałem na pożegnanie od kolegów i koleżanek z firmy. Tak więc nowa dziurka została najpierw wydłubana scyzorykiem, a potem powiększona korkociągiem :) Proszę się nie śmiać! Dziurka wcale nie odstaje od innych, wyszła całkiem okrągło! Powiem wam coś jeszcze w tajemnicy ;) I ta dziurka powoli zaczyna brakować. Ale to już inna bajka.
Jaka jest najlepsza dieta? Żadna! Złośliwi będą mówili o głodzeniu się, inni o siódmych potach wyciskanych. Jaka jest prawda? Ja się nie odchudzam! Ani nie jem zdrowo. Jem normalnie, do czego mój organizm nie może przywyknąć! Biegam 2-3 razy w tygodniu i to nie tak do ostatniego oddechu, a lekkim truchcikiem. Mniej się stresuję, nigdzie się nie spieszę. Szok dla organizmu, naprawdę! Dlaczego? Otóż dlatego, że jako 25 letni manager w dużej firmie, dzień zaczynałem od biegu na tramwaj, czy odstaniu w korku samochodem, śniadaniu w pracy w biegu, stresu, stresu, stresu, olbrzymiego obiadu, bo nie wiadomo kiedy się z pracy wyjdzie i na koniec późnej kolacji. Jak wygląda moja "dieta"? Jem śniadanie przed wyjściem, o 13 jem obiadek przygotowany przez Julię, wracam do domu ok 18, idziemy potruchtać albo na spacer, o 19 jem kolację. I tyle! Żadnych zmian w żywieniu. Zmiana tylko i wyłącznie w kulturze jedzenia. No może poza jednym małym szczegółem. Dwoma :)
Dziedzicznie (pozdrowienia dla całej linii genealogicznej :) ) prawdopodobnie mam nadciśnienie, co już w przypadku stresu się objawia. Dlatego postanowiłem przestać solić. Nie wiem na ile to ma wpływ na gubienie wagi, ale na pewno zły nie ma. Co prawda jedzenie dużo gorzej smakuje, ale to kwestia przyzwyczajenia. Do tej pory nie odróżniałem smaków, poza tym, że coś było dosolone, albo mało słone.
Druga rzecz to woda. Wyczytałem gdzieś, że na nadciśnienie dobrze jest pić dużo wody. Ogólnie dobrze jest pić dużo wody, więc codziennie dbam o to, żeby wypijać przynajmniej 2,5 litra czystej, niegazowanej wody :)

Jeśli ktoś mnie nie zna pomyśli "on jest pewnie suchy jak patyk". Otóż nie. Przyjeżdżając tutaj ważyłem około 102kg przy 192cm wzrostu. Ile teraz ważę? Nie wiem, ale obstawiam, że nie mniej niż 95kg. Za to dużo lepiej się czuję, na pewno zupełnie inaczej wyglądam niż pół roku temu a zamierzam na tygodniowym sylwestrowym wypadzie nad ocean porobić zdjęcia, więc będziecie mogli porównać, jak tylko pokażę jakąś fotę sprzed roku bez koszulki.

O laptopie i skuterze nic nie powiem. No może poza jednym słowem: chińczycy. Ze skuterem sprawa prawdopodobnie wyląduje w sądzie (nie chcą naprawić skutera - tylko za dodatkową opłatą, nie chcą też skutera zwrócić), laptop po 2 miesiącach nam oddali z "wymienioną płytą główną". Działał 2 godziny. Potrzeba więcej komentarza?

Na koniec krótka piłka - narzekacie na swój transport publiczny? Zapraszam do Auckland - przestaniecie! Transport publiczny w Auckland jest najgorszy na świecie. Ogłaszam to wszem i wobec będąc świadkiem transportu publicznego w wielu krajach.
Pociągi się spóźniają, autobusy czasem w ogóle nie przyjeżdżają, pociągi potrafią... stać w korku pociągów!
Mało? Koncert U2, 50 tys. fanów, a transport publiczny dorzucił bodajrze 5 dodatkowych pociągów... Efekt? Ochrona blokująca wejście na dworzec, bo na peronach i w pociągach nie mieścili się ludzie...
Mało? Koncer U2, 5 pociągów się spóźniło o kilkadziesiąt minut przez co ludzie... nie zdążyli na koncert!
Takich historii jest więcej i osobiście jeżdżąc pociągami mam ich codziennie kilka.

Tyle na dzisiaj. Obiecuję pisać częściej, choć było by to na pewno ułatwione, gdybym miał laptopa w domu... Chińczycy.

29 listopada 2010

FAQ - czyli odpowiadamy na pytania

Tak sobie pomyślałem, że mam ostatnio mniej czasu na pisanie (ale o tym zaraz), a jednocześnie staram się być pomocny i odpowiadać ludziom o życiu tutaj... Czemu by pytań i odpowiedzi nie wklejać tutaj? W końcu czasem się wiele razy powtarzam. Pytania obiecuję zamieszczać anonimowo :)

I jeszcze krótki dodatek. Jutro przeprowadzam się ze stolikiem na drugą stronę biura :) Nowe stanowisko pracy, lepszy widok itd ale o tym jutro. Będę mógł wam też więcej napisać z prostego powodu. Nie będę miał 2 szefów za plecami, a całe biuro na przeciwko siebie, więc pomimo, że czasem się nudzę, to w obecnej chwili nie zawsze mam okazję napisać coś, bo co chwilę ktoś przychodzi pytać... szczególnie zza pleców ;)

Dzisiejsze 2 dawki z ostatniego tygodnia:
czesc Rafal

poniewaz moj wyjazd robi sie coraz bardziej klarowny, postanowilem zadac jeszcze dwa pytania:

- wiesz cos moze o Hamilton? jakie to jest miasto, jak wyglada rynek pracy, itp
- czy wynagrodzenie roczne ok 70k nzd rocznie pozwoli na utrzymanie sie 2 osobom, bez jakiegos zaciskania pasa? czy z tej kwoty, znajac realia NZ mozna jeszcze cos zaoszczedzic?

pozdrawiam i dzieki z gory za odpowiedz

(CIACH!)

ODP:
Cześć,

Powiem tak, jak na Hamilton to całkiem nieźle. Wynika to z tego, że Hamilton jest małą miejscowością a przez to dużo tańszą od takiego Auckland. Przy okazji jest do Auckland stosunkowo blisko, bo niewiele ponad 100km. Problem jednak z tym, że jakkolwiek dla informatyka jest łatwo o pracę wszędzie, tak zwykle dla drugiej połówki w mniejszych miejscowościach możliwości maleją.

70k brutto (bo oczywiście zawsze takie stawki dostaje się u pracodawców), to około 1000$ tygodniowo + kilka dolarów. Powiem tak, jeśli Twoja partnerka zostanie w domu, powinniście sobie całkiem nieźle poradzić. To efekt gotowania i jedzenia po domowemu. W przeciwnym wypadku jedzenie na mieście jest stosunkowo drogie. Sama kanapka w subway-u to 10$, obiad to ok 20$ (w zależności co jemy oczywiście, może być i 10$ i może być 40$ :) ).
Moja dziewczyna jeszcze czeka na partnerskie pozwolenie o pracę (czeka się na to wieki, wg immigration około 60 dni), więc na razie żywimy się tym co ona przygotuje w domu. Koszt wyżywienia więc to około 200$ tygodniowo dla dwójki. Do tego w Hamilton koszt wynajęcia kawalerki to około 200$ + oczywiście opłaty. Do tego standardowe wydatki, wiadomo transport, jakieś dodatkowe jedzenie, czy wypad gdzieś i zostaje parę stówek :)

Sam sobie możesz policzyć wchodząc na różne strony internetowe :) Dodam tylko, że poziom oszczędzania zawsze zależy od poziomu życia. Musisz zdać sobie sprawę z jednej podstawowej rzeczy. Startujesz tutaj od zera, więc na dzień dobry przytłoczą Cię tak podstawowe wydatki, że nie zdajesz sobie nawet sprawy. Zakup łóżka, materaca, pościeli (chyba, że wynajmiesz w pełni umeblowane mieszkanie), samochodu, telewizora, komputera.... bla, bla, bla zbiera się tak, że te ostatnie kilka stówek spokojnie przez rok/dwa zeżrą Ci raty :) Chyba, że jesteście tu tylko na "chwilę", wtedy można wprowadzić się do w pełni umeblowanego domu, kupić samochód już od 1000$ i podróżować, zwiedzać, czy po prostu oszczędzać. Jednak jeśli pytasz wprost, czy Nowa Zelandia to dobry kraj na dorobienie się? Odpowiem bez namysłu: nie! Zarobki są nawet dwukrotnie niższe niż w rozwiniętych krajach (nawet w sąsiedniej Australii, przez co NZ ma wielki problem z emigracją wykwalifikowanej kadry do Australii), a ceny są takie same (przy czym ceny nieruchomości i wynajmu należą do najwyższych na świecie).

Wszystko da się obliczyć i trzeba sobie postawić pytanie po co tu przyjeżdżam :) Strony sklepów spożywczych, czy samochodów spokojnie można znaleźć w sieci, głównie trademe lub jeśli chodzi o sklep czy wyposażenie szukaj countdown NZ i warehouse NZ.

pozdrawiam i powodzenia,
R.

Cześć mam na imię (CIACH!), piszę do Ciebie z ojczyzny a moje zapytanie jest takie:
czy osoba w wieku 37 lat żonata z dwóją dzieci, ma szansę na nowy start w NZ?
Pytanie banalne ale musiałem je zadać, jednak jest też inne, czy poznałeś w NZ osoby z Stowarzyszenia Polaków? Jeśli tak to może wiesz czy wśród nich znajdują się którzy są w stanie pomóc komuś z Polski w procesie emigracji?
Jeśli dopowiesz na maila, będę wdzięczy.

Pozdrawiam
(CIACH!)

Witaj,

Odpowiedź być może będzie banalna, ale mając takie dane tylko taką jesteś w stanie uzyskać.
Jakie są szanse? Szanse są takie, na ile jesteś (jesteście) dla Nowej Zelandii warci. Zależy co robisz, co robi Twoja żona, jak długo jesteście w danym zawodzie, na ile on jest potrzebny tutaj w Nowej Zelandii, jak dobrze mówicie po angielsku... pytań jest setki, które dokładnie Ci zada immigration.

Jeśli chcesz przyjeżdżać w ciemno licząc na pomoc Polaków odpowiedź zabrzmi brutalnie, ale nie masz szans. Tutaj nikt Ci nie pomoże, ponieważ prawnie nie ma takiej możliwości. Nikt nie może Ci zasponsorować wizy czy nawet pomóc Ci w jej załatwieniu, bo na to nie pozwalają przepisy (aby pomóc w załatwianiu wizy, trzeba mieć certyfikat wydawany przez immigration).

Jeśli chodzi o związek polaków? Wiele o nim słyszałem, wiele również o parafii i tutejszym księdzu. Powiem tylko, że wiele nieprzyjemnych i złych rzeczy (również od Polaków tutaj), jednak nie zamierzam ich powtarzać, ponieważ sam nigdy nie miałem z nimi styczności. Wystarczy jednak wygooglać i dowiedzieć się więcej.

pozdrawiam,
R.

Tyle na dziś. Ciocia Rafał wraca do pracy ;)

22 listopada 2010

Krypro - reklama :)

No więc oficjalnie wystawiam się na krytykę. Pracuję firmy BallantyneTaylor Ltd. a to jest strona, którą wspólnymi siłami ostatnio uruchomiliśmy BallantyneTylor.
Pozwalam wyżyć się zawodowo, szczególnie projektantom i grafikom ;) Każdą sugestię przekażę mojemu design studio :)

A już niedługo kolejne posty... Uzbierało mi się znów w cholerę co mam napisać, ale jakoś okazji ku temu nie było, za co wszystkich stałych czytelników przepraszam :)

18 listopada 2010

Spostrzeżenia

Szukamy pokoju. W centrum. Mamy dosyć duże wymagania, więc pewnie jeszcze nam zejdzie zanim znajdziemy coś odpowiedniego. Duże wymagania to ni mniej ni więcej odległość od centrum pozwalająca na codzienny spacer.
I tak zauważyłem kilka rzeczy podczas szukania takiego pokoju. Kiedyś czytałem na Onecie taki artykuł, że teraz nie szuka się współlokatora, tylko teraz urządza się castingi na współlokatora. I coś w tym jest. Jakie ogłoszenie nie oglądam, ma setki wymagań od przyszłego współmieszkańca. A jak już palisz, masz zwierzaka i jesteście parą, to nie ma szans na znalezienie czegokolwiek :) Co chwilę jest no pets, no smokers albo no couples.
Z tymi parami znowu, to kolejne spostrzeżenie. Otóż właściciele (bądź wynajmujący) mieszkania często zamieniają ogłoszenia o współlokatora w ogłoszenia... matrymonialne! Wchodzisz na takie ogłoszenie i czytasz "25 letnia dziewczyna szuka współlokatora, ma być zabawny, wyluzowany, chcieć się socjalizować i ma utrzymywać porządek" i do tego taki mały dopisik "tylko mężczyźni w wieku 25-30 lat". Mieszkanie oczywiście 2 pokojowe, tak żeby nikt nie przeszkadzał ;)

Ważne jednak jest to, że ogłoszeń są setki. Tutaj tak naprawdę dzielenie mieszkania to codzienność. U nas w Polsce zarezerwowane jest to raczej dla studentów, lub młodych ludzi. Tymczasem tutaj można znaleźć ogłoszenie 50 latków.
Mieszkanie z kimś ma plusy i minusy. Osobiście pierwszy raz spróbowałem w Auckland, więc nie miałem takich doświadczeń. Wielkim minusem jest znikanie Twojego jedzenia z lodówki. Wielkim plusem oczywiście dzielenie kosztów i towarzystwo. Czy jednak wolałbym mieszkać z kimś na dłużej? Sam nie wiem. Na razie zmierzamy do tego, aby mieć dużą grupę znajomych, mówić bardzo dobrze po angielsku i ustawić się z kosztami. Wtedy prawdopodobnie przejdziemy na swoje, co i tak zajmie prawdopodobnie około roku. Do tego czasu pewnie się przeprowadzimy jeszcze ze 2 razy, co pozwoli również zakręcić się wokół większej ilości ludzi.

Tyle na dzisiaj. Krótko z pracy. Pracy robi się coraz więcej. Wiadomo, zbliżają się święta, a my jesteśmy agencją reklamową :)

Jutro postaram się więcej.

P.S. Nie czepiajcie się moich błędów, ponieważ w pracy nie zawsze mam dostęp do słownika w przeglądarce (zależy z jakiego systemu piszę ;) ), a problemy z ortografią miałem zawsze... Ba! Kto ich nie ma? :)

15 listopada 2010

Weekend na plaży

Wiecie co jest cudownego w mieszkaniu w Auckland? A to, że w piękną pogodę można wybrać się na spacer i wylądować na przepięknej plazy! I tak oto spędziliśmy calutki weekend.

Sobota zaczęła się dosyć wcześniej, bo wyruszyliśmy już około 11. Zabraliśmy średniej wielkości plecak turystyczny, który pomieścił 2 ręczniki, butelkę wody i kilka niezbędnych akcesoriów, wśród których oczywiście był krem do opalania. Kierunek wybraliśmy na Bucklands Beach i rozmawiając o różnych tematach tam zmierzaliśmy. Jak ładnie i blisko wszystko wygląda na Google maps, przekonaliśmy się, kiedy dotarliśmy do plaży po (sic!) ponad 3 godzinach spaceru. Nie zrażeni niczym rozłożyliśmy się na plaży i „leżakowaliśmy”. Nawet pokusiłem się o pierwsze nowozelandzkie zanurzenie. Woda była obrzydliwie zimna, ale uparcie chciałem odhaczyć pływanie w oceanie i zanurzyłem się cały! Julia nie odważyła się i na pierwsze Nowozelandzkie zanurzenie będzie musiała poczekać przynajmniej tydzień. W wodzie wytrzymałem może 5 minut i przemarznięty wyleciałem na powierzchnię, żeby zagrzać się w słonku. Pogoda dopisała, w sobotę było około 20 stopni w cieniu i prawie cały dzień bezchmurnie (z wyjątkiem kilku godzin popołudniu), w niedzielę około 22 stopni, ale za to dużo baranków przysłaniających słońce (temperatura z internetowych danych pogodowych, termometru nie mamy :p ). Po około godzinie, półtorej opalania zdecydowaliśmy przejść jeszcze raz tą samą trasę, tak żeby utrzymywać formę. Problem w tym, że trochę się pogubiliśmy, byliśmy zmęczeni już poprzednim spacerem oraz słońcem i tym sposobem dotarliśmy do domu po 6 skrajnie wyczerpani. Ale oczywiście zadowoleni :) I opaleni!

Niedziela zapowiadała się podobnie, z tym, że zorganizowaliśmy większą grupę znajomych, która miała uderzyć na plażę już sporo odległą od Auckland (wyszło coś ok. 30km na północ) o znajomo brzmiącej nazwie Long Bay. Umówieni byliśmy na 2 popołudniu na miejscu. Po nas miał przyjechać Bartek samochodem. Bartek oczywiście umowy dotrzymał, zjawił się nawet przed czasem. Pozostały team jednak, na który składało się bodajże 6 osób, z różnych powodów (typu paluszek i główka) się wykruszył. I tak wylądowaliśmy na plaży we 3, ale za to wspomagani kartonem (czyt. 12 butelek) Corony. Ze względu na zachmurzenie i moim skromnym zdaniem zimniejszą niż na Bucklands Beach wodę, pływanie zostało odwołane i tylko zajadając chipsy i krakersy, popijając piwem spędziliśmy kilka godzin na plaży. Czas mijał bardzo szybko i bardzo miło na pogaduszkach, ale słońce, pomimo, że grające w chowanego z chmurami, bardzo nas zmęczyło. Tym sposobem, kiedy wylądowaliśmy w domu około 5.30, ja zasnąłem od razu i obudziłem się o 7. Julia o 7 stwierdziła, że jest wykończona i że sama idzie spać. I tak wymieniliśmy się, bo ja do północy znów zasnąć nie mogłem.

W międzyczasie szukałem nowych ofert pokoi w centrum Auckland. Niby ofert jest dużo, ale zawsze coś. A to 3 tygodniowy bond chcą (3 tygodniowy zastaw w wysokości 3 krotnego czynszu, który zwraca się w trakcie przeprowadzki), który nam zupełnie nie pasuje, bo potem będzie oznaczało, że 3 tygodnie wcześniej będziemy musieli wiedzieć, że się wyprowadzamy. W dodatku zamrażamy ładną sumkę pieniędzy. A to nie chcą par w pokoju (nie mam pojęcia skąd to się bierze). A to warunki nie te, a to kasa za duża… Zawsze coś. Znaleźliśmy jedno bardzo fajne ogłoszenie, w centrum, z drugą parą, ale czekamy na odpowiedź na naszego maila. Na razie cisza i mamy tylko nadzieję, że to cisza spowodowana wyjazdem w weekend bardziej niż niechęcią do nas. No i szukamy dalej. Mamy zamiar w przyszły weekend zrobić maraton po pokojach, obejrzeć kilka i na jakiś się zdecydować tak, żeby maksymalnie za 2 tygodnie się wyprowadzić. Tak więc trzymajcie kciuki i czekajcie na najnowsze wieści z frontu :)