30 lipca 2010

Szybki wpisik :)

Pojawiła się w ub. tygodniu nowa niesamowita reklama, nakręcona w Auckland.
http://www.youtube.com/watch?v=2S0J1wsfRw8&feature=related

Do tego stopnia wszystkich zainteresowała, że powstał materiał w cowieczornym programie publicystycznym zaraz po wiadomościach, w którym pokazano jak nagrano reklamę oraz podkreślono, że podczas kręcenia wszyscy kaskaderzy byli zabezpieczeni linami :) Jeśli parkour jest ryzykowny, to to jest jakiś samobójczy sport :)

p.s. Niesamowite jak piosenka z lat 50 potrafi zrobić karierę w XXI w. prawda?

Dzisiaj dużo o programowaniu :)

Jako, że moja strona się rozbudowuje, postanowiłem napisać coś o tym co robię. A konkretnie co mnie wkurza. W końcu muszę się komuś wygadać nie?
Programowanie to jest taka fajna rzecz, że możesz męczyć się z czymś tydzień ale efekt końcowy zawsze przynosi satysfakcję. To już wam pisałem. Problem w tym, że od tygodnia właśnie jest ten tydzień. Wpadłem na głupi pomysł (idiota! ;) ), żeby robiąc swoją stronkę, napisać własny framework. Wynika to z jednej przyczyny. Próbowałem Zenda, próbowałem Cake, próbowałem Symfony i... jak dla mnie to one są zbyt skomplikowane! Ja potrzebuję coś banalnego, typu: strona składa się z menu, treści i stopki. Wstaw ten plik do menu, ten do treści a ten do stopki. Koniec cholernego framework-a. I takie coś właśnie próbuję wystukać. Powstaje jeden problem. Może efekt będzie polegał na mega banalnym stworzeniu nowej strony, ale do tej pory mam już kilka tysięcy linii a mój framework potrafi narazie się budować (w znaczeniu MVC) i zrobić menu (wow!). Najgorsze jest to, że codziennie idzie mi coraz wolniej. Tzn buduję sobie po kolei kolejne elementy, ale okazuje się, że nie przewidziałem czegoś w poprzednich. I tak wraz z przyrostem budowy, przyrasta czasu na znalezienie bugów. A najgorsze są takie wynikające z czystej głupoty! Np zrobiłem funkcję, która printuje wewnątrz framework-a dane. Potem bawiłem się core-em frameworka i wyprintowałem sobie wszystkie zmienne core-a. I za cholerę nie mogłem dojść do tego cóż on mi wyprintował?! Zeszło mi z 15 minut, żeby dojść do tego, że ponieważ jedna ze zmiennych core-owych to print, to print wyprintował printa i dopiero resztę, z czego powstał cholerny bałagan :] Masakra, ciekaw jestem czy tacy właściciele Zenda, Symfony itd są bogatymi ludźmi, bo robienie takich rzeczy wymaga MEGA cierpliwości i sto milionów lat czasu...
No bo dajmy na to takiego XML-a. Czy świat nie byłby prostszy, gdyby ktoś napisał PORZĄDNĄ funkcję XML2Array? Wewnętrzna funkcja PHP-a do dupy formatuje tą tablicę. Na phpclasses.org co jedna funkcja to głupsza. Trzeba było kilka godzin spędzić i napisać samemu... i tak czas ucieka. Masakra.
Swoją drogą już drugi raz w życiu zdarzyło mi się, że odnajduję sam siebie w sieci :) Tzn nie to, że jakieś zdjęcia, nie myślcie sobie :p W każdym układzie wpadłem na phpclasses.org i chciałem pobrać jedną funkcję. Problem w tym, że trzeba się tam zalogować, żeby móc korzystać z downloadu. Więc z ciekawości wpisałem swój zwykły login i kilka standardowych haseł i... i zalogowałem się! Przy czym za cholerę nie pamiętam, żebym się tam kiedyś rejestrował! Co zabawne, przy logowaniu przywitała mnie zmiana regulaminu z bodajrze 2008 roku :D

Dobra, przestaję narzekać. Po prostu wkurza mnie to, że tak wolno to idzie. Myślałem, że po 2 tygodniach będę miał jakiś widoczny efekt, tymczasem tu dupa :) Ciężka praca, żeby potem było łatwiej... hmm... zastanawiam się, czy nie prościej jest w 3 dni napisać po staremu, PHP-owemu html-a wymieszanego z PHPem. Szybko, na temat i z głowy :) A tak, to dziedziczenie kiedyś mnie zabije, statyczne funkcje Pan Bóg chyba zesłał, żeby ukarać człowieka a referencje w PHP5 można sobie wsadzić... po cholerę to zmieniali :p Cóż, efekt pracy na PHP4 przez ostatnie 3 lata w "fabryce" powoduje, że człowiek cofnął się w rozwoju. Ale powoli odzyskuję siły :)

Zmiana tematu. Dzisiejszego poranka przywitała mnie mgła. Tzn. nie tak, że wpadła do pokoju i kopnęła moje łóżko, żeby mnie obudzić ;) Po prostu sobie spokojnie leżała za oknem. Pierwsza Nowozelandzka mgła i muszę wam powiedzieć, że jakaś taka inna niż nasza. Tzn taka bardziej wilgotna. Może dlatego, że jesteśmy nad morzem? Hmmm... W każdym układzie z tego względu anulowałem mój planowany dzisiejszy/poranny wypad gdzieś przed siebie. Mamy 11 i mgła powoli opada, więc chyba wybiorę się tylko na chwilę niezbyt daleko.

Wczoraj natomiast miałem 2 w tym tygodniu rozmowę. Zasadniczo odkładaną od 2 tygodni. Jeśli pamiętacie, to ta laska, która się rozchorowała w piątek 2 tygodnie temu. Laska jest z agencji rekrutacyjnej i powiedziała, że ma kilku klientów, którzy mają doświadczenie z wizami i wybada ich, czy poszukują kogoś, bo ostatnio z tego co pamięta kilku szukało. W każdym układzie, powiedziałem jej, że czas ucieka i za wiele czasu na czekanie to nie zostało. Ona na to, że w takim układzie jutro (czyli dzisiaj) prześle mi więcej szczegółów, ale najpierw skontaktuje się ze swoim kolegą z Christchurch, zapytać jak mi poszła poprzednia rozmowa, gdyby się okazało, że firma jest mną zainteresowana. Wynika to z tego, że przedwczoraj miałem rozmowę z firmą z Christchurch. Wydaje mi się, że poszła mi rewelacyjnie. W każdym układzie 2 etap to test techniczny, na który ewentualnie mnie zaproszą, jak się zdecydują. Czekam na odpowiedź, a ponieważ załatwiała to ta sama firma co tej laski, tylko oddział Christchurch, to laska też czeka na odpowiedź, ponieważ jak stwierdziła, nie chce wchodzić kolegom w drogę, jeśli by się okazało, że tamta firma mnie chce :)
Wszystko się powoli rusza, jak już napisałem, powoooli. Być może braknie czasu, być może się uda. W każdym układzie jednego jestem pewien. Nie będę żałował i nie mam się czego wstydzić, bo jak widać zainteresowanie moją skromną osobą, pomimo że Polską, jest spore... tylko wolne :p

28 lipca 2010

Miało nic nie być

Ale będzie piosenka dnia :D Nie wiem kto i kiedy wgrał mi to do mp3 ale właśnie próbowałem zasnąć przy muzyce i poszła ta piosenka:
http://www.youtube.com/watch?v=z_Lg6kgC9Fg
Popłakałem się ze śmiechu, łzy mi dalej ciekną i nie mogę teraz spać :D Całe łóżko się telepotało ze mną ze śmiechu! Poprawi nawet najgorszy humor!

Jak powiedział tak zrobił ;)

Dostosowując się do ogólnej ciszy (przedwyborczej?) dzisiaj robię sobie przerwę. Jutro wam coś napiszę.

27 lipca 2010

Czas trochę zwolnić z postami?

Tak sobie pomyślałem, że może by zwolnić trochę z tymi codziennymi postami. Nie znudziło wam się? No bo w końcu jak ktoś pojedzie sobie na tydzień na wakacje, to później nie będzie miał czasu tego nadrobić. A teraz szczególnie taki okres wakacyjny :)

Dlatego dzisiaj krótko (jak zwykle co? :p). Po pierwsze jutro mam telerekrutację z Christchurch. I kolejna niespodzianka. Miało być mało polaków, tymczasem rekrutuje mnie kierownik programistów + starszy programista Polak :) Urodzony w Polsce, studiował w Kanadzie a teraz klepie w Christchurch. Zobaczymy jak to będzie. Powiem szczerze, że nie przepadam za rekrutacjami telefonicznymi. Nie da się ani zobaczyć reakcji ani wyrazić wszystkiego, no bo w końcu gesty też są ważne prawda? Zobaczymy jak to będzie. W razie czego sprawdziłem już tanie połączenia i przyszły wtorek byłby najbardziej odpowiedni do rekrutacji live. We czwartek mam długo odkładaną rozmowę z Sharnie, która chorowała cały ub. tydzień a w tym wzięła sobie połowę wolnego. Nie ma to jak luz ;) Im się wcale nie spieszy.

Tymczasem piszę sobie własną stronę. Póki co jest tylko główny zarys pomysłu, ale już mogę powiedzieć, że do tego piszę własny framework. Bardzo ciekawe przeżycie. Co prawda tak na 100% pracuję sobie przy projekcie od 3 dni i wygenerowałem dopiero jakieś 2tys. linii, ale nad całością już myślę od tygodnia i w obecnej chwili jest już całkiem wyraźny model MVC. Najuboższe narazie jest C w tym projekcie, ale wszystko po kolei :)
Dobra nie zanudzam was programowaniem.

Dzisiaj dodam tylko jeszcze mały wpis o reklamach NZ. Ponieważ NZ jest małym krajem, wszystko jest tutaj małe. I tak (co prawda nie w najdroższym czasie emisji), można na publicznej 1 i 2 zobaczyć reklamy np. komisu samochodowego w Auckland, albo sklepu z narzędziami. Dodatkowo, wszystkie reklamy tutaj pachną "wiochą" :) To znaczy pomijając te gigantów, czyli Vodafone, kosmetyki itd, czy nawet autoreklamę TVNZ. Natomiast dominują reklamy, w których wyświetlają się statyczne obrazki, lub w tańszej opcji wyświetlają się napisy na tle, a w tle gada jakiś spiker. Kiedy sobie pomyślę o tych milionach wkładanych w polskie reklamy, zastanawiam się, czy to im się zwraca. Tzn czy to przynosi naprawdę efekt. Bo czy ktoś pamięta dzisiaj 1 milion $ włożony przez pewną firmę od makaronów pewnej sławnej aktorce? No i ile makaronu trzeba sprzedać, żeby odrobić się z miliona $. Reklama to jednak niezły biznes.

Dobra, znów się rozpisałem. Może jutro nic nie napiszę dla odmiany? :p

26 lipca 2010

Od razu inaczej

Odkąd wróciły dziewczyny, wszystko jest inaczej. Standardowo większą część dnia poświęcam na swój projekt, ale już każdą wolną chwilę wypełniają mi dziewczyny. I tak wieczorem oglądając film obie siedziały ze mną na dole, zamiast u siebie na górze, przez co cały film przeszkadzały gadając. A mnie to nawet pasuje, bo bardziej od filmu wolałem usłyszeć kogoś gadającego live ;) Pograliśmy też we 2 z Kitty na play station i byliśmy na kolacji u chłopaków.

I tutaj dłuższa część opowieści. Linda wpadła w niedzielę do mnie od pokoju z pytaniem, czy mam ochotę wpaść do chłopaków (wspomnianej już parę razy pary gejowskiej) na małą kolację, wino i opowiadanie o ich wycieczce. Zgodziłem się, bo w końcu ani razu u nich nie byłem, a przy okazji zaoszczędzi to dziewczynom powtarzania się 100 razy z opowiadaniem. Wiem coś o tym, jak to jest ;)
Zaczęło się jednak od wycieczki do Sylvia Park, gdzie Kitty miała załatwienia w banku i na poczcie. Przez ten czas usłyszałem od Lindy przejmującą historię, jak to podczas ich powrotu Kitty przyprawiła biedną, 41 letnią Lindę o palpitację serca :) W skrócie historia wyglądała tak: dziewczyny na lotnisku zamówiły piwo i hamburgera. Spokojnie sobie jadły, kiedy na tablicy pojawił się napis odprawy ich lotu. Linda szybko skończyła i zaczęła się zbierać, ponieważ mieszkając przez kilka lat w Australii wiedziała, że tanie linie lotnicze mają wejście na samiutkim końcu terminalu a one w dodatku jeszcze nie przeszły przez kontrolę. Zaczęła pospieszać Kitty, która stwierdziła, że przecież jeszcze mają czas i żeby się nie stresowała po czym… poszła zapalić! LOL Linda przez ten czas przeszła całą procedurę i wylądowała jako jedna z ostatnich na odprawie. Pan uprzejmie zaprosił ją do środka, ale ona powiedziała, że nigdzie nie leci bez Kitty. Uprzejmy pan, powiedział, że niestety muszą zamykać a w międzyczasie Pani wywołała 4 razy Kitty przez głośniki na lotnisku :D Odczekali jeszcze chwilę, po czym obsługa zaczęła się pakować i powiedziała, że już za późno i niestety muszą puścić samolot. Tymczasem na horyzoncie pojawiła się Kitty i Linda zaczęła wołać obsługę i błagać żeby się wrócili. Jeden facet się wrócił i tylko ironicznie dodał do Lindy „nie pierwsza i nie ostatnia spóźnialska, ale nie zazdroszczę wam wejścia do samolotu”. Kitty jakby nigdy nic przyszła, bo okazało się, że na polu nie słyszała jak ją wywołują ;) W każdym układzie jak się możecie domyśleć, cały samolot już siedział i wszystkie oczy i palce skierowane na spóźnialskich pasażerów. Linda powiedziała, że chyba nigdy w życiu nie była tak zawstydzona. Jak stare dobre małżeństwo.

Stare dobre małżeństwo lesbijek przywiozło sobie z Australii około 1,5 metrowej wysokości tekturową tablicę z plakatem… półnagiej miss lipca :D Muszę zrobić wam zdjęcie, ale niestety w weekend umarły mi baterie w aparacie. Z okazji urodzin ja dostałem koszulkę z Australii, zupełnie nie związaną z Australią :D i breloczek z bumerangiem ;) Jak tylko odzyskam ją z samochodu, gdzie wczoraj została to powiem wam co jest na niej napisane, bo nie pamiętam a nie chcę spalić.
Kolacja była super, Nick i Evan bardzo sympatyczni i uprzejmi, jak zawsze. Usłyszeliśmy tysiąc historii z Australii, głównie jednak takie, że popijając piwo jeździły szukać kangurów w buszu :D Linda siedziała w samochodzie a Kitty szła za busz zobaczyć, czy nie ma tam kangurów, pomimo ostrzeżeń Lindy, że zamiast kangurów to w krzakach może spotkać jadowitego węża albo po drugiej stronie aligatora, który odgryzie jej nogę :D One razem są prześmieszne, jak surowa mama i niesforny dzieciak. W dodatku zobaczyłem osławiony dom chłopaków, który rzeczywiście jest niesamowity. Wygląda, jakby był wykończony przez projektantów wnętrz. Każdy element ma swoje miejsce, jest mnóstwo ozdób, kuchnia jest super funkcjonalna z elementem, który ja uwielbiam, czyli przedzielającym kuchnię dużym blatem + krzesłami barowymi przy nim. Musiałem spytać, czy aby na pewno oni sami to wszystko zrobili. Usłyszałem tylko potwierdzenie :) niesamowite, oni naprawdę muszą być gejami :D W dodatku mają 2 duże psy (jeden pochodny od husky a drugi… hmm sam nie wiem, ale takiej samej wysokości, smukły z krótką sierścią i rudy). Jednego mają z organizacji ochrony zwierząt, ponieważ był bity w poprzednim domu, przez co teraz jest ogromną przylepą. Mają też dużą papugę, która ma 10 lat i potrafi tylko powiedzieć „ure-a-bitch”!!! A przynajmniej coś w tym stylu przez to swoje skrzeczenie. I non stop rusza głową góra dół jakby była pochodzenia żydowskiego ;)
Dobra, tyle na dzisiaj. Czas się zabrać dalej zaswoją pracę. Tymczasem rano dostałem 2 telefony o kolejnych rozmowach rekrutacyjnych we wtorek i czwartek. Poczekamy, zobaczymy. Być może plany awaryjne trzeba będzie odłożyć w czasie ;)

24 lipca 2010

Powrót dziewczyn

Wróciły dziewczyny. W końcu. Będzie się do kogo odezwać :) Jednak z okazji ciężkiego lotu (czyt. 2h NZ-Australia), dzisiaj cały dzień przesiedziały w pokoju... na łóżku :p Jutro umówiliśmy się na piwko, opowiadanie z wycieczki i jakiś prezent, który mi przywiozły :)
Z mojej strony był tylko krótki komentarz, że nic się nie zmieniło. Pracy dalej nie ma i cisza jak makiem zasiał :) Dziewczyny stwierdziły, że muszą ostro pomyśleć nad swoimi znajomymi i zacząć pytać ich, czy nie dało by się jakoś pomóc. W końcu im też zależy zatrzymać współlokatora :)

Natomiast przypomina mi to fakt, że miałem opowiedzieć o siedzeniu w samotności. Jak się nie ma do kogo odezwać, nie ma z kim spędzać czasu a przy okazji cały tydzień leje, rodzą się w głowie setki pomysłów. I tak zrodziły się te 2 awaryjne, gdyby nie udało się zdążyć tutaj. Ogólnie stwierdzam fakt, że na pewno by się udało, ale trzeba by przynajmniej pół roku przesiedzieć. Statystycznie szansa na pracę jest raz w miesiącu z tego co zauważyłem :) Tym samym czeka mnie jeszcze jedna szansa, o ile statystyka nie kłamie.
Ale wracając do meritum, bo skaczę po tematach :) Samotność jest masakryczna. Jeśli się jest w Polsce to fajnie. Ma się znajomych, ma się przyjaciół, zwykle ma się też pracę. Tymczasem tutaj drugiego dnia deszczu skończyły mi się pomysły na rozrywkę... Przeczytałem książkę, na obiad był mega wymyślny posiłek, który pożarł kupę czasu, była też tv, zainstalowałem w końcu red allerta, pograłem kilka godzin... I to w 2 dni. Pomysły się skończyły i zaczęła się prawdziwa, przeraźliwa nuda. Stąd właśnie wzięły się pomysły. Pozwoliło mi to jakoś przetrwać te deszczowe dni, szczególnie, że jeden wyjątkowo wiąże się z planowaniem. Dodatkowo kolejny pomysł jest taki, że nie ma sensu ćwiczyć sobie programowania, nie ma sensu pisać moduły do CMSów, jakieś biblioteki... Czemu by nie napisać własnej, pełnej strony? I tak zabrałem się za pisanie. Zapewne nie będzie to jakiś kosmos, nie będzie to mega system, ale ważne żeby sobie coś zaplanować i dążyć do celu. Przynajmniej ostatnie 3 dni już się nie nudzę. Tzn nie mówię, że tylko siedzę przy kompie, bo pogoda się poprawiła, ale przynajmniej mam kolejny cel poza znalezieniem pracy :)

Nie wspominałem wam jeszcze jednej rzeczy. W ub. weekend z "polską" ekipą wybrałem się do kina. Na "Predators". Film zupełnie taki jak się spodziewałem i jeśli komuś podobały się filmy typu Transformers, ten również się spodoba. Jest zupełnie w innej fabule niż poprzednie predatory, ale przynajmniej sam predator się nie zmienił ;) Warto wspomnieć natomiast, że w kinie na samej górze są loże. Tzn ostatnie 2 rzędy to duże, skórzane fotele postawione parami, po środku stolik i oddzielone od siebie małą ścianką. Ciekawy pomysł, choć z drugiej strony trochę dyskryminujący osoby, które lubią siedzieć na samej górze, ale ich po prostu nie stać :) Dodam tylko, że przed samym seansem rzut oka do tułu i widziałem tylko jedną parę luksusowych siedzeń zajętą.

Tyle na dzisiaj. Dzisiaj również się leniłem (czyt. pracowałem na komputerze). Efektem jest (na mój gust) pełna baza do projektu i porządny szkielet do projektu. Swoją drogą Ubuntu pokazało pazurki, kiedy trzeba było zainstalować Pear, Smarty i odczepić się od Zenda. Mam go już dość, tzn na pewno nie będę w nim robił swojego projektu, a ten skubaniec pozapisywał się w każdym możliwym configu, przez co odpalenie ludzkiego projektu graniczy z cudem. Pół dnia zabawy nad zmianą ustawień i instalacjami. Cóż, warto. Programowanie to taka fajna praca, że możesz ciężko harować 2 tygodnie bez efektu, ale na samym końcu zawsze jest jakiś efekt z którego jesteś zadowolony :)